„Faryzeusz” – to słowo zapożyczone z Biblii na stałe zagościło w naszym języka i potocznie oznacza człowieka fałszywego, obłudnego. Historycznie rzecz ujmując, to było żydowskie stronnictwo religijne, którego członkowie starali się poprzez ścisłe przestrzeganie przepisów Prawa żyć dla Boga w oddzieleniu od nieczystego świata. Taka ich postawa niewątpliwie imponowałaby nam, gdyby nie Pan Jezus, który obnażył ich ukrytą stronę. A autorzy Ewangelii, którzy całkiem sporo miejsca faryzeuszom poświęcili opisując ich konflikt z Jezusem, kompletnie zepsuli im reputację.
Gdybyśmy jednak nie czytali Ewangelii, to mielibyśmy obraz znakomitych znawców Słowa Bożego (w zakresie Starego Testamentu oczywiście), którzy księgi Prawa znali na pamięć, a i do pozostałych Pism i Proroków sięgali swobodnie, wydobywając z nich ważne informacje, na przykład o Mesjaszu. Ich celem było oddzielenie się od nieczystości świata, żeby mieć przystęp do Boga. Byli też bardzo gorliwi („poszczę dwa razy w tygodniu i oddaję dziesięcinę ze wszystkiego”), dbając o najdrobniejsze szczegóły, gdy chodzi o wymagania Prawa. Faryzeusze byliby dla nas wzorem do naśladowania! I taką też reputację mieli w czasach Pana Jezusa. Jedynie liberalni saduceusze im się sprzeciwiali. Wiadomo, liberalna teologia jest w opozycji do ortodoksyjnej.
A jednak Pan Jezus ich atakuje jak nikogo innego. I właśnie z nimi jest w największym konflikcie od samego początku swojej służby, aż do momentu, gdy za ich sprawą i sprawą kapłanów (czyli także saduceuszy!) zostaje skazany na śmierć krzyżową.
Co było taką straszną wadą w nieskazitelnym wizerunku tych gorliwych wyznawców Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba? Teatr. Aktorstwo. Czyli udawanie doskonałości, aby na ludziach zrobić wrażenie. A nawet, aby zrobić wrażenie na Panu Bogu! Nie przyjęli Jezusa, bo Go nie potrzebowali – w teatrze, który odgrywali nie było dla Niego roli, był niepotrzebny, a nawet przeszkadzał.
Nie jestem przeciwnikiem teatru ani aktorów, bo wszyscy wiedzą, że udają kogoś, kim nie są. To jest otwarta, uczciwa gra.
Gdy czytam Ewangelię, to dowiaduję się, że Pan Jezus nie uważa diabła i jego mocy za najgroźniejszego przeciwnika Kościoła. On się Kościołowi nie oprze. Ludzie prześladujący Kościół też go nie pokonają. Najgroźniejszym przeciwnikiem Kościoła jest „kwas faryzeuszy” czyli aktorstwo. Odgrywanie jakiejś roli, udawanie, teatr. Robienie wrażenia, że się jest lepszym, niż w rzeczywistości. To jest prawdziwy problem współczesnego Kościoła. Główna przyczyna jego słabości, bo nie brak znajomości Słowa, słaba wiara, czy niedostateczne poświęcenie. Jestem przekonany, że jak tylko pozwolimy na jakąkolwiek formę udawania, teatru, to wpuszczamy kwas, który szybko się rozlezie i rozniesie słabość po całym ciele. Kwas robienia wrażenia, że się jest kimś doskonałym i osądzania wszystkich, którzy są po prostu prawdziwi. To jest w moim przekonaniu główna przyczyna skandali psujących reputację Kościoła.
Ewangelie poświęcają faryzeuszom tak dużo miejsca, nie po to, abyśmy komukolwiek przykleili łatkę „faryzeusza”. Ale, żeby każdy z nas wejrzał na swoje życie, czy nie ma tam żadnego teatru, udawania, brzydkiej prawdy ukrytej w ciemności. Ich przykład może być dla nas bardzo pożyteczny, jeśli każdy z nas potraktuje go jako ostrzeżenie dla swojego własnego życia. Bo faryzejski styl życia jest bardzo, bardzo pociągający! Jest niestety możliwe, aby znakomicie znać Boże Słowo, dobrze je rozumieć, być bardzo gorliwym i rozminąć się z Chrystusem.
Czy jest jakieś lekarstwo na teatr w Kościele? Oczywiście! Radykalne „chodzenie w światłości”, czyli życie otwarte przed innymi w którym niczego nie ukrywamy, a na pewno nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Taka postawa powoduje, że nie można nas zaatakować niczym ukrytym, bo niczego ukrytego nie ma. A to co jest wyprowadzone na światło zostaje poddane mocy Bożej, która rozprawia się z grzesznością. Pielęgnowanie takiego stylu życia wymaga pokory, atmosfery miłości i akceptacji oraz wiary w Boże usprawiedliwienie.
Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu. (I Jana 1,7)
]]>Ciągle coś nowego odkrywam w Bożym Słowie. Ponieważ jestem matematykiem, więc bardzo lubię to porządkować, układać w jakąś logiczną całość. Jeśli więc teologię zdefiniować jako uporządkowane systematyczne poznanie Boga i Jego Królestwa, to można mnie uznać za miłośnika teologii.
A jednak, gdy chodzi o sprawę zbawienia człowieka, to uważam, że znaczenie teologii „jest trochę przereklamowane”. Dlaczego? Ponieważ teologia, to wiedza. I jest możliwe, aby bardzo poprawną, biblijną teologię przyswoić całkiem dobrze, jednocześnie nie mieć właściwie nic wspólnego z Panem Bogiem. Taka „wiara” typu akademickiego na nic się nie przydaje. Panu Bogu chodzi o nas, o osobistą więź z Nim, a nie tylko, żebyśmy dużo o Nim wiedzieli. Czy jest możliwe, aby ktoś wiedział i nic z tą wiedzą nie zrobił? Tak, bo wiedzę można łatwo pozyskać, a relacja to zobowiązanie. Nie każdy jest na nie gotowy.
Jest też taka możliwość, że ktoś podejmuje zobowiązanie. Decyduje się „żyć dla Pana Boga”, ale w sposób przez siebie kontrolowany. Podejmuje zobowiązanie, ale w tej relacji daje od siebie dokładnie tyle, ile sam postanowi. Biblijnym przykładem takiej postawy jest faryzeusz modlący się w świątyni, który pościł dwa razy w tygodniu i dawał dziesięcinę ze wszystkiego, co posiadał (Łuk. 18,12). Taki sposób relacji z Panem Bogiem nazywamy religijnością.
Jednak prawdziwa relacja z Panem Bogiem, taka o którą Jemu chodzi, nie jest tylko zobowiązaniem. Jest nieprzewidywalnym zobowiązaniem wobec Osoby, która ma prawo decydować o wszystkim. Każdy, kto jest w związku małżeńskim rozumie, co to znaczy, nieprzewidywalność zobowiązania. Ona jest wpisana w związek z osobą która jest inna, ma swoje oczekiwania i potrzeby. I na takie zobowiązanie trudno jest się zdecydować.
Zarówno wiedza, zwłaszcza ponadprzeciętna, a jeszcze bardziej wysoki poziom zobowiązania, mogą dać nam zaspokojenie, poczucie, że przecież „muszę być w porządku, skoro wiem, albo daję z siebie więcej, niż ci wszyscy wokół mnie”?
Spotkałem osoby, które emanowały pychą z powodu swojej wiedzy teologicznej. Jest też wielu, którzy pokładają nadzieję i są dumni z powodu swoich zobowiązań wobec Pana Boga. Najwybitniejszy teolog czasów Nowego Testamentu, apostoł Paweł napisał Poznanie jednak nadyma, miłość – buduje (I Kor. 8,1), a w innym miejscu wyznaje …co do sprawiedliwości – jeśli mierzyć ją normą Prawa – człowiek bez zarzutu. A jednak cokolwiek mogło mi nieść jakąś korzyść, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. Więcej, w świetle doniosłości poznania Jezusa Chrystusa, mojego Pana, nic się dla mnie nie liczy. Dla Niego straciłem wszystko i wszystko uznaję za gnój, żeby tylko zyskać Chrystusa (Fil. 3,6–8)
Uważam więc, że powinniśmy pogłębiać naszą teologię równolegle z pogłębianiem relacji z Bogiem. Gdy teologia wyprzedza jakość tej więzi, to zazwyczaj dzieją się niedobre rzeczy. Na przykład, w przekonaniu słuszności swojego zrozumienia Biblii potrafimy osądzać wszystko naokoło, co się z naszą wiedzą nie zgadza.
A przecież nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć jedyna słuszna (biblijna) teologia! Jest tak, ponieważ wszyscy, którzy poznaliśmy osobiście Boga, jesteśmy w procesie poznawania Go i w tym życiu nikt Go całkowicie nie pozna: …Wiedza? – Jej świeżość przeminie. Zresztą nasza wiedza jest i tak wycinkowa… (I Kor. 13,8‑9) Ponadto, są pewne kwestie, których nie da się dobrze teologicznie poukładać – logika naszych umysłów jest niewystarczająca, gdy chodzi o wielkiego Boga. Są też odwieczne spory teologiczne – być może nie zostały rozstrzygnięte, bo nie da się ich rozstrzygnąć?
Wreszcie, jestem absolutnie przekonany, bo na własne oczy to widziałem, że można mieć bardzo dobrą relację z Panem Bogiem i jednocześnie mieć luki w teologii, które znawcom tejże mogą wydawać się nie do zaakceptowania. A Pan Bóg nie ma z tym problemu, bo człowiek, który się zdecydował na nieprzewidywalną relację z Nim, będzie też chciał nieustannie wzrastać w poznawaniu Go. Jego teologia uzupełni się, będzie się kształtować i rozwijać.
Rozwijajcie się natomiast w łasce oraz w poznaniu naszego Pana i Zbawcy, Jezusa Chrystusa. Jemu niech będzie chwała teraz i na zawsze. Amen. (II Piotra 3,18)
]]>Co zrobić wobec faktu, że w Kościele pojawiają się wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy ich słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
Pan Jezus zostawił nam w tej sprawie klarowną instrukcję: Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? (Mat. 7,15-16). Ciekawe jest to, że Pan Jezus ani nie odwołuje się do duchowego rozeznania ani do zgodności wypowiedzi z Pismem. Te obydwa kryteria uważam za znaczące, ale decydujące jednak jest poszukiwanie owocu. To wymaga czasu, bo owoc nie pojawia się natychmiast. Wymaga również zapoznania z osobą, której wiarygodność chcemy sprawdzić. Możemy nawiązać z nią relację osobiście dając sobie wystarczająco dużo czasu, aby dostrzec owoce. Albo możemy poszukać kogoś, komu ufamy, kto zna tę osobę, aby udzielił rekomendacji na podstawie zaobserwowanych owoców.
Jakiś czas temu zgłosił się do mnie ktoś z odległego kraju z ofertą współpracy. Oferta brzmiała atrakcyjnie, a opis służby tego brata był imponujący. Nawet bardzo imponujący. Wobec tego zapytałem swojego znajomego z tego kraju, czy mógłby tego kogoś zarekomendować. Otrzymałem w odpowiedzi ostrożną informację, że nie dostrzegł opisywanych owoców (gdyby opis był rzetelny, byłyby trudne do przeoczenia!). Brak rekomendacji spowodował, że odmówiłem współpracy.
Przy innej okazji, zgłosił się do mnie zagraniczny misjonarz, który zaraz po przedstawieniu się zaproponował mi, abym go „sprawdził” oferując dostęp do źródła wiarygodnej rekomendacji. Jego służba w Polsce pozostawiła trwały owoc.
Uważam, że domaganie się rekomendacji w stosunku do każdej osoby, której mamy pozwolić usługiwać, powinno być obowiązującym standardem. Każdy, kto chce służyć Kościołowi powinien prowadzić przejrzyste życie i chętnie poddawać swoje służenie ocenie innych (patrz I Jana 1,5-7). Poszukiwanie potwierdzenia jest o wiele lepsze niż rozsyłanie ostrzeżeń! Zbyt łatwo wierzymy krytycznym tekstom o ludziach służących Bogu, i jednocześnie bezkrytycznie przyjmujemy nauczanie ludzi, których życia nikt nie zweryfikował (na przykład teksty i wykłady z Internetu).
Wracając do sprawdzania zgodności z Pismem. Autorzy „ostrzeżeń” powołują się na przykład Żydów z Berei, którzy „którzy byli szlachetniejszego usposobienia niż owi w Tesalonice” (Dz. 17,10) i sprawdzali głoszenie Pawła w Pismach. Tylko, że oni nie szukali tam argumentów, aby oskarżać Pawła, ale przyjmowali jego nauczanie, a następnie upewniali się, czy Pismo je potwierdza. Jest ogromna przepaść pomiędzy szukaniem powodów do oskarżenia kogoś, a upewnianiem się czy usłyszane poselstwo znajduje potwierdzenie w Słowie Bożym!
Kiedy myślę o nastawieniu jakie jest w Panu Jezusie, to nie widzę w nim ducha oskarżania. Widzę kogoś, kto staje po stronie człowieka, aby go ratować. Diabeł zaś jest oskarżycielem. Widzę ogromne zaufanie, jakim Pan Jezus nas obdarza, a jednocześnie systematyczny proces stopniowego powiększania odpowiedzialności, na zasadzie „w małym byłeś wierny, wiele ci powierzę”.
Po owocach poznacie ich!
]]>Lata temu przeczytałem publikację, która była opisywała mnie nieprzychylnie. Według tego artykułu uczestniczyłem w aktywnościach wątpliwych duchowo z punktu widzenia biblijnego chrześcijaństwa. Podane informacje były nieprawdziwe. Gdyby autor pofatygował się i zapytał mnie o to, o czym chciał pisać, to może nie miałby na swoim koncie fałszywych oskarżeń. Ale tego nie zrobił, chociaż mógł… Czytając ten tekst pomyślałem sobie, że gdyby ktoś chciał mnie zdyskredytować, to dałoby się znaleźć coś prawdziwego przeciwko mnie. Moje życie, poznanie Boga i głoszenie są dalekie od doskonałości – byłoby się do czego „przyczepić”. Ale ten ktoś nie zadał sobie takiego trudu.
Na pewnym spotkaniu jeden z obecnych pastorów pokazał tekst z Internetu, który go niepokoił, ponieważ zarzucał popularnemu w Polsce autorowi chrześcijańskiemu głoszenie sprzecznych z Pismem przekonań. Miałem możliwości, aby przez moich przyjaciół zweryfikować prawdziwość tych zarzutów. Okazało się, że oskarżany o herezję autor na pewno nie wyznaje zarzucanych mu poglądów. Oskarżający mieszkał wiele tysięcy kilometrów od oskarżonego, nigdy w życiu go osobiście nie spotkał, nigdy się z nim nie kontaktował, a całe oskarżenie zbudował na jakiejś informacji cytującej wypowiedź oskarżonego sprzed około 20 lat!
Od tamtego czasu jeszcze wiele razy dostarczano mi różne teksty ostrzegające przed rzekomymi zwodzicielami. Właściwie za każdym razem, gdy ktoś w naszym kraj zyskiwał jakąś popularność i jakiś wpływ, to natychmiast pojawiały się w Internecie ostrzeżenia przed tą osobą. Czyli mamy w naszym kraju dyżurnych sędziów, którzy na każdego znajdują jakiegoś „haka”. Zazwyczaj zupełnie zmyślonego.
Tymczasem jedno z dziesięciu przykazań mówi: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu (II Mojż. 20,16). Z tego przykazania wynika, że można kogoś oskarżyć, jeśli jest się naocznym świadkiem jego przestępstwa, a przedstawione zarzuty muszą być absolutnie zgodne z faktami.
Ponadto, czytamy też: A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego (Mat. 18,15). Jeśli więc widzę, że mój brat popełnia grzech, moim zadaniem jest zwrócić się do niego bezpośrednio i skorygować go, aby naprawił swoją drogę. Mam tym sposobem pozyskać go z powrotem do prawidłowej relacji z Bogiem i Kościołem. Inaczej mówiąc mam stanąć po jego stronie, bo celem procedury opisanej w Mat. 18 jest ratowanie, a nie potępianie.
Szkoda, że tak rzadko widzimy chrześcijan aktywnych w ratowaniu swoich braci i sióstr, a tak często mamy do czynienia z krytyką, oskarżaniem, potępianiem. Sędzia zostanie osądzony według kryteriów, jakie stosował sądząc innych. Obrońca, ten który okazuje miłosierdzie i ratuje, może liczyć na to, że jemu zostanie okazane miłosierdzie. Dokładniej, to powinien okazywać miłosierdzie innym, bo sam go doświadczył.
Bądźcie miłosierni, jak miłosierny jest Ojciec wasz. I nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, i nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni, odpuszczajcie, a dostąpicie odpuszczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, potrzęsioną i przepełnioną dadzą w zanadrze wasze; albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. (Łuk. 6,36-38)
Ale co zrobić wobec faktu, że rzeczywiście są wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy im słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
]]>Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego. (Mat. 7,1‑5 Nowe Przymierze)
Co za różnica, czy mam w oku belkę czy źdźbło? Nawet najmniejszy paproch, który dostanie się do mojego oka jest tak uciążliwy, że nie jestem w stanie w ogóle oka używać! Zrobię wszystko, aby jak najszybciej się tego pozbyć. A oko zostało zranione, to będę chciał, aby ono szybko wyzdrowiało, bo dopiero wtedy mogę swobodnie patrzeć, korzystać z tego wielkiego błogosławieństwa, jakim jest zmysł wzroku.
Zatem, być może nie chodzi o to, co siedzi w samym oku, ale jak wielki przedmiot zasłania moje pole widzenia? Może… Jeśli tak, to belka powoduje, że nie widzę prawie nic, natomiast źdźbło przeszkadza, ale pozwala sporo zobaczyć. Pan Jezus używa tego obrazu w kontekście naszej odpowiedzialności jednych za drugich i możliwości poprawiania jedni drugich.
Belka jest tak duża, że nie potrzebujemy pomocy, aby ją usunąć. To nie będzie operacja wymagająca precyzji, ale raczej radykalna zmiana, której dokonanie leży w możliwościach posiadacza belki. Co to może być, co tak mocno zaślepia człowieka? Ostatnio coraz bardziej jestem świadomy siły emocji. Jesteśmy o wiele bardziej uzależnieni w swoich przekonaniach i decyzjach od emocji, niż od logicznego myślenia. Znacznie bardziej niż nam się to wydaje. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. W szczególności rzeczy takie jak gniew, rozgoryczenie, użalanie się nad sobą powodują, że widzimy otaczający świat w bardzo wykrzywiony sposób. Ale również taka postawa jak pycha, w szczególności pycha wynikająca z naszych własnych religijnych osiągnięć, dramatycznie zaślepia. Pozbycie się tych rzeczy wymaga radykalnego uniżenia się. Nikomu nie przychodzi to łatwo, a niektórych przez długi czas na to nie stać!
Jak mogę rozpoznać, czy w moim oku jest trudna do usunięcia potężna belka, czy też tylko maleńkie źdźbło, którego mogę się łatwo pozbyć, jeśli znajdę dobrze widzącego przyjaciela? Jestem tym, który ma belkę, czy tylko źdźbło w oku?
Pamiętajmy o tym, że wszyscy mamy skłonność, aby samych siebie usprawiedliwiać (pomniejszać swoją belkę do rozmiaru źdźbła), a innych oceniać surowiej (powiększać ich źdźbło do rozmiaru belki). Ponadto, jeśli uważasz, że Twój wzrok nie jest niczym zakłócony i widzisz doskonale, aby precyzyjnie innych ocenić i skorygować, to najpewniej w Twoim oku siedzi potężna belka, której nie chcesz się pozbyć i uczyniłeś ją częścią samego siebie.
Następnie, warto sobie uświadomić, że nikt z nas nie posiada zdolności, aby bezbłędnie oceniać ani siebie, ani innych. Wszyscy mamy w oku jakieś źdźbła. Nie mamy dokładnego, pełnego poznania prawdy. Jednak nasze widzenie poprawia się znacząco, jeśli zbliżamy się do Tego, który jest Prawdą, Jezusa Chrystusa. Tylko On widzi wszystko dokładnie i obiektywnie, i może dokonać sprawiedliwego osądu. On uzdrawia nasz wzrok.
Jak blisko jestem Prawdy, a tym samym prawdy? Mogę to poznać, po moich uczuciach, postawie i stosunku do innych. Pokora, uważanie innych za ważnych, wartych wszelkiego wsparcia i przebaczenia, współczucie, czyli po prostu pełna pasji miłość do ludzi, są dowodem bycia bliska serca Jezusa, blisko Prawdy. Bezwarunkowe przebaczenia, bez potrzeby jakiejkolwiek zemsty, czy zadośćuczynienia za krzywdy, pochodzą z Jego serca. On taki jest!
Przeciwne postawy, które popychają nas do osądzania innych i niemiłosiernego poprawiania, spowodują tylko, że narazimy się na ten sam rodzaj sądu, jakim traktujemy innych. I są dowodem, że w oku jest coś niemałego…
Dziękuję Bogu za Jezusa Chrystusa, które radykalnie rozprawił się z groźbą surowego sądu nad człowiekiem, a otworzył szeroko drzwi miłosierdzia i przebaczenia dla każdego. Żyjmy w tym duchu każdego dnia!
]]>To się naprawdę zdarzyło!
Lata temu w kościelnych środowiskach krążyło wydrukowane na kartce A4 i wielokrotnie powielane ostrzeżenie przed znanym międzynarodowym koncernem produkującym artykuły higieniczne. Temu koncernowi zarzucano finansowe wspieranie kościoła szatana. Dowodem potwierdzającym prawdziwość takiego strasznego zarzutu było logo firmy zawierające w swojej symbolice odwołanie do liczby 666. Tak drastyczna informacja szybko rozchodziła się w środowisku. Przecież nie możemy, kupując produkty takiej firmy wspierać kościoła szatana! I nie chcemy, aby nasi bracia i siostry pozostali w nieświadomości co do tak strasznego procederu!
Niedługo później byłem na spotkaniu, w którym uczestniczył jeden z dyrektorów tego koncernu. Bez cienia wątpliwości, kochający Pana Jezusa, oddany Bogu ewangeliczny chrześcijanin. W mojej głowie pojawiło się pytanie: jak to jest możliwe, aby taki człowiek mógł zgodzić się finansowanie kościoła szatana (niemożliwe było, aby przy swojej pozycji nie wiedział o tym!). Nawet nie zadałem mu takiego pytania, bo było bardziej niż oczywiste, że nie mógłby się zgodzić. A więc może ten koncern wcale nie sponsorował kościoła szatana?
Później usłyszałem o polskim pastorze, który za rozpowszechnianie powyższego ostrzeżenia w swoim kościele, został przez koncern pozwany o zniesławienie i oczywiście proces przegrał. Niestety, został słusznie ukarany.
Po jakimś czasie wyszło na jaw, że ktoś, najprawdopodobniej nieuczciwa konkurencja tego koncernu, wymyślił całą historię. A naiwnych chrześcijan nie trzeba było nawet specjalnie namawiać, żeby rozpowszechnili to pomówienie. Zrobili za darmo czarny PR. Zapewne spowodowało to jakiś spadek sprzedaży i straty finansowe. Chrześcijanie działający w „dobrej wierze” skrzywdzili innych ludzi. Czy tak powinno być? Nawet jeśli to jest potężny, międzynarodowy koncern, który sobie w końcu z sytuacją poradził?
I czy na pewno ci wszyscy chrześcijanie działali „w dobrej wierze”? Czy rozpowszechnianie negatywnych informacji bez ich poparcia bezspornymi dowodami nie jest przypadkiem złamaniem jednego z dziesięciu przykazań?
Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. (II Mojż. 20,16)
Polecenia Prawa są jednoznaczne. I nie chodzi tu tylko ogólnie o prawdomówność. To jest konkretniejsza sytuacja. Wyrok wydaje się na podstawie zeznań świadka, czyli osoby, która widziała całą sytuację na własne oczy. I tylko taka osoba, jako naoczny świadek, może się wypowiadać o czyimś postępowaniu. Natomiast w poważniejszej sprawie potrzeba dwóch lub trzech świadków, jeden nie wystarczy. Powtarzanie czyjegoś stwierdzenia nie liczy się, ale tylko relacja w oparciu o osobistą obserwację.
Nie rozgłaszaj fałszywej wieści. (II Mojż. 23,1)
Nie mamy prawa nikogo, absolutnie nikogo krzywdzić rozpowszechniając niesprawdzone informacje!
]]>