Modliłam się, dziękowałam Bogu za dziedzictwo, za ziemię obiecaną… i zobaczyłam, że stoję na polu, nie pamiętam krajobrazu, ale dobrze pamiętam zwykłą trawę… nie umiem powiedzieć co to było, sen czy wizja… ale z pewnością mogę powiedzieć, że widziałam w trawie i pośród trawy Bożą chwałę, a Jego obecność była wszędzie… Ciężko wyrazić to słowami… Było to podobne do tego, kiedy widzimy piękny kwiat, oglądamy, rozkoszujemy się jego widokiem, ale żeby pomyśleć, że to Bóg go stworzył, potrzebujemy czasu. Ale tam było odwrotnie – od razu wyraźnie widać było Jego chwałę, a potem sam kwiat… Przez oglądanie Jego chwały i rozkoszowanie się Jego obecnością spływała na mnie radość i cały czas rosła, i nie było jej końca… nie męczyło mnie to ani mi się nie nudziło… na ziemi można być zmęczonym dobrymi emocjami – tam odwrotnie… nie było żadnych ograniczeń – strachu, wątpliwości… uwielbienie – to tam taki normalny, stały stan…
Sen‑wizja skończył się i ja zastanawiałam się – to przez oglądanie tylko trawy i pola? Bo nic innego nie widziałam… Ale i tak byłam szczęśliwa, że mogę wracać w pamięci do tego stanu rozkoszy…
Po miesiącu czy dwóch, znowu byłam w tym samym miejscu… pole, trawa… i radość bezgraniczna oglądania Bożej chwały i obecności… i nagle przed sobą zobaczyłam Boga… dokładniej, to całego Go nie widziałam, tylko część… patrzyłam tam i widziałam całą naszą relację z Bogiem – jak On mnie kocha, troszczy się o mnie, chroni, dba – moje modlitwy, pytania, wyznania – Jego odpowiedzi, objawienia, namaszczenia, przebaczenie, oczyszczenie (wszystko, co tutaj mam na ziemi, ale nie mogę tego zobaczyć) i w tym wszystkim Jego Potęgę, Moc, Chwałę… po jakimś czasie ta chwała zaczęła zstępować na mnie, a ja nią jaśniałam… ona odbijała się ode mnie… Moją cząstkę w Bogu mogłam widzieć tylko ja. Ta chwała nie miała granic… obok siebie zobaczyłam innych ludzi… oni też patrzyli na Boga i widzieli swoje cząstki w Bogu, których nikt inny nie mógł bezpośrednio zobaczyć, ale każdy mógł oglądać ich odbicie… to była taka mozaika Boga… Jego odbicie w nas… taka pełnia, którą On nas napełnił… w tym momencie bardzo zaskoczyła mnie jedność, która łączyła różnice pomiędzy poziomami i rodzajami chwały w nas – była to prawie namacalna – miłość – o tak to była MIŁOŚĆ – Ona potrafiła bez zmiany indywidualności każdego z nas stworzyć JEDNO bez konfrontacji!!!! To co na ziemi doprowadziłoby do konfliktu lub religijnej wojny tu w ogóle nie było istotne…
Jeszcze dziwniejsze było to, że nie widziałam w ogóle dokładnych rysów ludzi stojących obok… bo chwała Boża zstępująca na nich odwracała całą uwagę na siebie…
Mieliśmy swoje cząstki w Bogu, jeden mniejszą, drugi większą… ale nikt nie był zazdrosny, ani nie użalał się nad sobą… bo najmniejsza cząstka była tak duża, że można było się rozkoszować nią przez całą wieczność, a ten który miał bardzo, bardzo dużą cząstkę, wiedział że i tak to nie jest cały Bóg… żeby oglądać Całego Boga, musieliśmy spojrzeć na siebie nawzajem…
Pamiętam ten stan wolności od strachu przed błędami, grzechami – to było niesamowite!
Wolność, miłość, jedność – to wszystko wywoływało olbrzymią radość, która cały czas narastała…
Bardzo jestem szczęśliwa, że doświadczyłam czegoś takiego… teraz widzę w Biblii
i w życiu to, co wcześniej nie było widoczne… mam duże pragnienie lepszej relacji z Bogiem… więcej szacunku do relacji innych ludzi z Bogiem i nie tylko w Kościele…
Ale zdaję sobie sprawę, że sam ten sen ani nie przybliża ani nie oddala mnie od Boga… bo błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli…
]]>Co zrobić wobec faktu, że w Kościele pojawiają się wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy ich słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
Pan Jezus zostawił nam w tej sprawie klarowną instrukcję: Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? (Mat. 7,15-16). Ciekawe jest to, że Pan Jezus ani nie odwołuje się do duchowego rozeznania ani do zgodności wypowiedzi z Pismem. Te obydwa kryteria uważam za znaczące, ale decydujące jednak jest poszukiwanie owocu. To wymaga czasu, bo owoc nie pojawia się natychmiast. Wymaga również zapoznania z osobą, której wiarygodność chcemy sprawdzić. Możemy nawiązać z nią relację osobiście dając sobie wystarczająco dużo czasu, aby dostrzec owoce. Albo możemy poszukać kogoś, komu ufamy, kto zna tę osobę, aby udzielił rekomendacji na podstawie zaobserwowanych owoców.
Jakiś czas temu zgłosił się do mnie ktoś z odległego kraju z ofertą współpracy. Oferta brzmiała atrakcyjnie, a opis służby tego brata był imponujący. Nawet bardzo imponujący. Wobec tego zapytałem swojego znajomego z tego kraju, czy mógłby tego kogoś zarekomendować. Otrzymałem w odpowiedzi ostrożną informację, że nie dostrzegł opisywanych owoców (gdyby opis był rzetelny, byłyby trudne do przeoczenia!). Brak rekomendacji spowodował, że odmówiłem współpracy.
Przy innej okazji, zgłosił się do mnie zagraniczny misjonarz, który zaraz po przedstawieniu się zaproponował mi, abym go „sprawdził” oferując dostęp do źródła wiarygodnej rekomendacji. Jego służba w Polsce pozostawiła trwały owoc.
Uważam, że domaganie się rekomendacji w stosunku do każdej osoby, której mamy pozwolić usługiwać, powinno być obowiązującym standardem. Każdy, kto chce służyć Kościołowi powinien prowadzić przejrzyste życie i chętnie poddawać swoje służenie ocenie innych (patrz I Jana 1,5-7). Poszukiwanie potwierdzenia jest o wiele lepsze niż rozsyłanie ostrzeżeń! Zbyt łatwo wierzymy krytycznym tekstom o ludziach służących Bogu, i jednocześnie bezkrytycznie przyjmujemy nauczanie ludzi, których życia nikt nie zweryfikował (na przykład teksty i wykłady z Internetu).
Wracając do sprawdzania zgodności z Pismem. Autorzy „ostrzeżeń” powołują się na przykład Żydów z Berei, którzy „którzy byli szlachetniejszego usposobienia niż owi w Tesalonice” (Dz. 17,10) i sprawdzali głoszenie Pawła w Pismach. Tylko, że oni nie szukali tam argumentów, aby oskarżać Pawła, ale przyjmowali jego nauczanie, a następnie upewniali się, czy Pismo je potwierdza. Jest ogromna przepaść pomiędzy szukaniem powodów do oskarżenia kogoś, a upewnianiem się czy usłyszane poselstwo znajduje potwierdzenie w Słowie Bożym!
Kiedy myślę o nastawieniu jakie jest w Panu Jezusie, to nie widzę w nim ducha oskarżania. Widzę kogoś, kto staje po stronie człowieka, aby go ratować. Diabeł zaś jest oskarżycielem. Widzę ogromne zaufanie, jakim Pan Jezus nas obdarza, a jednocześnie systematyczny proces stopniowego powiększania odpowiedzialności, na zasadzie „w małym byłeś wierny, wiele ci powierzę”.
Po owocach poznacie ich!
]]>Lata temu przeczytałem publikację, która była opisywała mnie nieprzychylnie. Według tego artykułu uczestniczyłem w aktywnościach wątpliwych duchowo z punktu widzenia biblijnego chrześcijaństwa. Podane informacje były nieprawdziwe. Gdyby autor pofatygował się i zapytał mnie o to, o czym chciał pisać, to może nie miałby na swoim koncie fałszywych oskarżeń. Ale tego nie zrobił, chociaż mógł… Czytając ten tekst pomyślałem sobie, że gdyby ktoś chciał mnie zdyskredytować, to dałoby się znaleźć coś prawdziwego przeciwko mnie. Moje życie, poznanie Boga i głoszenie są dalekie od doskonałości – byłoby się do czego „przyczepić”. Ale ten ktoś nie zadał sobie takiego trudu.
Na pewnym spotkaniu jeden z obecnych pastorów pokazał tekst z Internetu, który go niepokoił, ponieważ zarzucał popularnemu w Polsce autorowi chrześcijańskiemu głoszenie sprzecznych z Pismem przekonań. Miałem możliwości, aby przez moich przyjaciół zweryfikować prawdziwość tych zarzutów. Okazało się, że oskarżany o herezję autor na pewno nie wyznaje zarzucanych mu poglądów. Oskarżający mieszkał wiele tysięcy kilometrów od oskarżonego, nigdy w życiu go osobiście nie spotkał, nigdy się z nim nie kontaktował, a całe oskarżenie zbudował na jakiejś informacji cytującej wypowiedź oskarżonego sprzed około 20 lat!
Od tamtego czasu jeszcze wiele razy dostarczano mi różne teksty ostrzegające przed rzekomymi zwodzicielami. Właściwie za każdym razem, gdy ktoś w naszym kraj zyskiwał jakąś popularność i jakiś wpływ, to natychmiast pojawiały się w Internecie ostrzeżenia przed tą osobą. Czyli mamy w naszym kraju dyżurnych sędziów, którzy na każdego znajdują jakiegoś „haka”. Zazwyczaj zupełnie zmyślonego.
Tymczasem jedno z dziesięciu przykazań mówi: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu (II Mojż. 20,16). Z tego przykazania wynika, że można kogoś oskarżyć, jeśli jest się naocznym świadkiem jego przestępstwa, a przedstawione zarzuty muszą być absolutnie zgodne z faktami.
Ponadto, czytamy też: A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego (Mat. 18,15). Jeśli więc widzę, że mój brat popełnia grzech, moim zadaniem jest zwrócić się do niego bezpośrednio i skorygować go, aby naprawił swoją drogę. Mam tym sposobem pozyskać go z powrotem do prawidłowej relacji z Bogiem i Kościołem. Inaczej mówiąc mam stanąć po jego stronie, bo celem procedury opisanej w Mat. 18 jest ratowanie, a nie potępianie.
Szkoda, że tak rzadko widzimy chrześcijan aktywnych w ratowaniu swoich braci i sióstr, a tak często mamy do czynienia z krytyką, oskarżaniem, potępianiem. Sędzia zostanie osądzony według kryteriów, jakie stosował sądząc innych. Obrońca, ten który okazuje miłosierdzie i ratuje, może liczyć na to, że jemu zostanie okazane miłosierdzie. Dokładniej, to powinien okazywać miłosierdzie innym, bo sam go doświadczył.
Bądźcie miłosierni, jak miłosierny jest Ojciec wasz. I nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, i nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni, odpuszczajcie, a dostąpicie odpuszczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, potrzęsioną i przepełnioną dadzą w zanadrze wasze; albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. (Łuk. 6,36-38)
Ale co zrobić wobec faktu, że rzeczywiście są wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy im słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
]]>To się naprawdę zdarzyło!
Lata temu w kościelnych środowiskach krążyło wydrukowane na kartce A4 i wielokrotnie powielane ostrzeżenie przed znanym międzynarodowym koncernem produkującym artykuły higieniczne. Temu koncernowi zarzucano finansowe wspieranie kościoła szatana. Dowodem potwierdzającym prawdziwość takiego strasznego zarzutu było logo firmy zawierające w swojej symbolice odwołanie do liczby 666. Tak drastyczna informacja szybko rozchodziła się w środowisku. Przecież nie możemy, kupując produkty takiej firmy wspierać kościoła szatana! I nie chcemy, aby nasi bracia i siostry pozostali w nieświadomości co do tak strasznego procederu!
Niedługo później byłem na spotkaniu, w którym uczestniczył jeden z dyrektorów tego koncernu. Bez cienia wątpliwości, kochający Pana Jezusa, oddany Bogu ewangeliczny chrześcijanin. W mojej głowie pojawiło się pytanie: jak to jest możliwe, aby taki człowiek mógł zgodzić się finansowanie kościoła szatana (niemożliwe było, aby przy swojej pozycji nie wiedział o tym!). Nawet nie zadałem mu takiego pytania, bo było bardziej niż oczywiste, że nie mógłby się zgodzić. A więc może ten koncern wcale nie sponsorował kościoła szatana?
Później usłyszałem o polskim pastorze, który za rozpowszechnianie powyższego ostrzeżenia w swoim kościele, został przez koncern pozwany o zniesławienie i oczywiście proces przegrał. Niestety, został słusznie ukarany.
Po jakimś czasie wyszło na jaw, że ktoś, najprawdopodobniej nieuczciwa konkurencja tego koncernu, wymyślił całą historię. A naiwnych chrześcijan nie trzeba było nawet specjalnie namawiać, żeby rozpowszechnili to pomówienie. Zrobili za darmo czarny PR. Zapewne spowodowało to jakiś spadek sprzedaży i straty finansowe. Chrześcijanie działający w „dobrej wierze” skrzywdzili innych ludzi. Czy tak powinno być? Nawet jeśli to jest potężny, międzynarodowy koncern, który sobie w końcu z sytuacją poradził?
I czy na pewno ci wszyscy chrześcijanie działali „w dobrej wierze”? Czy rozpowszechnianie negatywnych informacji bez ich poparcia bezspornymi dowodami nie jest przypadkiem złamaniem jednego z dziesięciu przykazań?
Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. (II Mojż. 20,16)
Polecenia Prawa są jednoznaczne. I nie chodzi tu tylko ogólnie o prawdomówność. To jest konkretniejsza sytuacja. Wyrok wydaje się na podstawie zeznań świadka, czyli osoby, która widziała całą sytuację na własne oczy. I tylko taka osoba, jako naoczny świadek, może się wypowiadać o czyimś postępowaniu. Natomiast w poważniejszej sprawie potrzeba dwóch lub trzech świadków, jeden nie wystarczy. Powtarzanie czyjegoś stwierdzenia nie liczy się, ale tylko relacja w oparciu o osobistą obserwację.
Nie rozgłaszaj fałszywej wieści. (II Mojż. 23,1)
Nie mamy prawa nikogo, absolutnie nikogo krzywdzić rozpowszechniając niesprawdzone informacje!
]]>Niezwykle często spotykam się oczekiwaniem Kościoła, że ludzie jeszcze nie nawróceni będą przychodzić i się nawracać. Takie oczekiwanie może być inspirowane poprzez świadectwa niezwykłych przebudzeń, gdy Boża chwała zstępowała na ziemię, ludzie w okolicy byli dotykani przez Boga i nawracali się do Niego w drodze do miejsca zgromadzeń, zanim jeszcze ktoś im powiedział Ewangelię. Tylko, że póki co, są to bardzo wyjątkowe sytuacje, a polecenia Słowa Bożego są dość klarowne (wszystkie cytaty z Nowego Przymierza, podkreślenia moje):
Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów… (Mat. 28,19)
Idźcie do najdalszych zakątków świata i głoście tam dobrą nowinę wszystkim bez wyjątku. (Mar. 16,15)
… będziecie Mi świadkami tu, w Jerozolimie, w całej Judei, Samarii – i aż po najdalsze krańce ziemi. (Dz. 1,8)
Zacytowałem trzy polecenia głoszenia Ewangelii. Dwa z nich zawierając czasownik „iść” w trybie rozkazującym, trzecie co prawda nie zawiera tego czasownika, ale bycie świadkiem Chrystusa po najdalsze krańce ziemi niewątpliwie wymaga przemieszczania się do tych wszystkich miejsc. Nie ma wątpliwości – głoszenie Ewangelii wymaga dotarcia do ludzi, którzy mają ją usłyszeć. Kościół ma pójść tam, gdzie są ludzie!
Czy to musi oznaczać wyjście na ulice, zaczepianie nieznajomych i głoszenie im? Niekoniecznie. To akurat jest ta mniej skuteczna forma ewangelizacji, a w dodatku większość z nas po prostu nie znosi zaczepiania nieznajomych. Oczywiście, niektórych Bóg wysyła na zagraniczną misję, albo do innej miejscowości w kraju… Ale zdecydowana większości nas wcale nie musi wyjeżdżać, ani nawet zaczepiać nieznajomych! Chodzi po prostu o aktywność z naszej strony wśród osób, które nas otaczają. Na czym ona może polegać?
Po pierwsze możemy się regularnie, wytrwale modlić za te osoby, błogosławić je, posyłać do nich nasz pokój.
Po drugie, możemy się z nimi bliżej zapoznać, może nawet zaprzyjaźnić, a w rezultacie zainteresować się, aby się dowiedzieć, czego potrzebują, z czym się zmagają.
Po trzecie, jak już wiemy o potrzebach tych osób, mamy możliwość, aby w trafny sposób okazać im miłość poprzez praktyczną pomoc, albo konkretną modlitwę. Możemy być zaskoczeni Bożą odpowiedzią na takie modlitwy!
Po czwarte wreszcie, możemy wykorzystać dogodny moment, aby przedstawić Ewangelię w całości, albo chociażby jej część, tyle, ile się da w danej chwili. Tak, można znajomym i krewnym przedstawiać Ewangelię stopniowo!
Jeśli Pan Jezus mówi do Ciebie (kolejny fragment zawierający czasownik „iść”!): Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was, żebyście szli i przynosili owoc, a wasz owoc trwał, aby Ojciec spełnił wam wszystko to, o co poprosicie w moim imieniu. (Jan 15,16), to znaczy, że się do tego nadajesz! On się nie myli!
]]>Bo my nie jesteśmy handlarzami Słowa Bożego, jak wielu innych, lecz mówimy w Chrystusie przed obliczem Boga jako ludzie szczerzy, jako ludzie mówiący z Boga. (Drugi List do Koryntian 2,17)
Przypuśćmy przez chwilę, że jestem człowiekiem świeżo nawróconym.
Właśnie przeżyłem swoje spotkanie z Jezusem. Kompletnie zaskoczył mnie Swoją miłością, jestem pełen wdzięczności za jego wspaniałe zbawienie, pełen entuzjazmu i gotowości, aby przekazać to życie całemu światu wokół. Ale znam tylko jedną historię spotkania z Jezusem – swoją własną. No może jeszcze historię kogoś, kto mi opowiedział swoje świadectwo… Znam też jeden sposób prezentacji Ewangelii – ten, przez który przeżyłem swoje nawrócenie oraz jedną modlitwę nawrócenia – tą przez którą właśnie przyszedłem do Jezusa. I jeśli przyłączyłem się do jakiejś żywej wspólnoty kościelnej, to jest to ta najwłaściwsza, bo innej po prostu nie znam.
W swojej gorliwości neofity głoszę więc innym jedyną słuszną metodę przyjścia do Chrystusa – tą, która zadziałała w moim przypadku! I jeśli zachęcam ich do Kościoła, to oczywiście do tego swojego. Jestem bardzo gorliwy, ale moje zrozumienie nawrócenia i zbawienia jest bardzo wąskie. W dodatku, opór, jaki napotykam ze strony wielu osób, z którymi rozmawiam, powoduje, że zaczynam nalegać, naciskać na nich, aby przyjęli poselstwo, które mam do przekazania. Nie potrafię zrozumieć, jak mogą się opierać przed przyjęciem takiego wspaniałego zbawienia! To wszystko powoduje, że w oczach ludzi jestem jak ktoś, kto usilnie chce wciągnąć ludzi do swojej sekty.
Gdy jednak upływa czas, poszerza się moje zrozumienie. Już wiem, że trzeba dać ludziom trochę czasu, aby Słowo wykonało w nich pracę i doprowadziło do nawrócenia. Odkrywam, że metoda, jaka doprowadziła mnie do spotkania z Jezusem nie jest jedyną słuszną, a nawiązywanie prawdziwej, pełnej wiary relacji z Jezusem Chrystusem może wyglądać niezwykle różnorodnie. No i moja wspólnota nie jestem jedynym słusznym (ani nawet najsłuszniejszym!) wyrazem Kościoła. A co najważniejsze: nie jest moim zadaniem przekonywanie ludzi do wiary, to zadanie należy do Ducha Świętego i tylko On jest w stanie je wykonać. Ja nie powinienem i nie potrzebuję w tym względzie żadnej presji na innych wywierać. Przychodzi głębsze zrozumienie i dojrzałość.
Nie byłem daleki od tego opisu zaraz po swoim nawróceniu. Szybko nauczyłem się „Czterech praw duchowego życia” i głosiłem innym Ewangelię dając im maksymalnie pół godziny, aby się nawrócili. Wywierałem na nich presję, aby pomodlili się w mojej obecności „modlitwą grzesznika”. Moja gorliwość nie przynosiła jednak oczekiwanych rezultatów. Jednak z czasem moje zrozumienie procesu nawrócenia bardzo się poszerzyło.
Na przykład zrozumiałem, że chociaż Bóg ma wymagania moralne, od których nie zamierza odstąpić, to jednak to wcale nie jest najważniejsze, aby ludzie się nawracali na moje standardy sprawiedliwości. Odkrywałem pewne ważne prawdy teologiczne na temat Boga, ale wyglądało na to, że On mniej wymaga od ludzi wiary w te prawdy, niż ja bym tego oczekiwał. Praktykowałem z powodzeniem pewne formy modlitwy, uwielbienia, spotykania się z Bogiem, ale były jeszcze inne, które też się sprawdzały. I coraz bardziej narastała we mnie świadomość, że Jemu nie chodzi o to, co zewnętrzne, ale o bliskie połączenie z człowiekiem. O relację miłości.
Taka mniej więcej przemiana powinna nastąpić wraz z upływem czasu. Ale niestety, mam wrażenie, że nie zawsze tak jest. Jest możliwe, aby człowiek przez wiele lat od swojego nawrócenia pozostał kimś w rodzaju akwizytora, który próbuje sprzedać swój produkt.
Wierzę, że można żyć w wolności od presji, aby koniecznie kogoś przekonać do tego w co wierzymy. Wierzę, że wystarczy kogoś przyprowadzić do Jezusa, i w swoim tempie, pozna Prawdę u samego Źródła. Prawda jest w stanie się obronić i przekonać każdego, który z Nią się spotka. Warto wziąć przykład z Filipa: Filip spotkał Natanaela i rzekł do niego: Znaleźliśmy tego, o którym pisał w zakonie Mojżesz, a także prorocy: Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Wtedy Natanael rzekł do niego: Czy z Nazaretu może być coś dobrego? Filip na to: Pójdź i zobacz! (Ew. Jana 1,45‑46)
]]>Zakładam, że zależy Ci, aby jak najwięcej ludzi poznało osobiście Jezusa Chrystusa i tym samym zostało zbawionych. To wymaga, żeby ktoś im przekazał Ewangelię. Załóżmy, że Ty jesteś taką właśnie osobą. Masz na sercu ratowanie ludzi zgubionych i robisz wszystko, co potrafisz, aby doprowadzić ich do nawrócenia i wiary. Przypuśćmy, że masz dar do głoszenia, docierasz do ludzi, a oni są zbawiani. To oznacza niekończące się zajęcie, bo są tysiące potrzebujących zbawienia wokół nas. Marzenie wielu serc, prawda? Przebudzenie. Chcemy oczywiście, aby Ewangelia docierała bardzo szeroko, do jak największej ilości osób. Marzymy o potężnym żniwie naszego narodu.
Ale… Na koniec Wielkiego Nakazu Misyjnego z Ewangelii Mateusza 28,18-20 czytamy: Ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. Czyli, że wszystko, czego nauczyłeś się, gdy chodzi o życie naśladowcy Jezusa, ma zostać przekazane kolejnym osobom. Pan Jezus oczekuje od nas, żebyśmy nie tylko doprowadzali ludzi do zbawienia, ale doprowadzili ich przynajmniej do naszego poziomu życia z Bogiem. On oczekuje, że doprowadzimy Jego nowych naśladowców do pewnej głębi, że nastąpi radykalna przemiana ich życia. Ale to wymaga przecież czasu! Jeśli nawet uważasz siebie za mało wybitnego ucznia Chrystusa, to jest mnóstwo rzeczy, które umiesz i masz do przekazania! Wypełnienie tego oznacza miesiące, albo i lata zajmowania się pojedynczymi osobami, lub małą grupką osób. Nie da się doprowadzić do głębokiej przemiany wielu ludzi na raz. Można co prawda wielu osobom przekazywać nauczanie, ale to za mało, aby nauczyły się żyć. Będą mieć rzeczy właściwie poukładane w głowach, ale ciągle wiele braków w praktycznym życiu. I nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że to sam Bóg jest wychowującym Ojcem, a Duch Święty jest ostatecznie odpowiedzialny za doprowadzenie wierzących do świętości życia, to ciągle pozostaje ogromne zadanie do wykonania przez ludzi.
Ponieważ dysponujemy ograniczonym czasem, więc wygląda na to, że musimy wybierać. Pierwsza opcja, to poświęcić ten czas na ratowanie zgubionych, ciesząc się z tego, że przynajmniej nie spędzą oni wieczności w piekle, chociaż ich życie duchowe będzie powierzchowne. Druga opcja to oddać się doprowadzaniu do dojrzałości w wierze niewielkiej grupy osób, godząc się, że wielu innych nie doprowadzimy do zbawienia. Wygląda na to, że musimy wybierać pomiędzy szerokim albo głębokim przekazywaniem życia.
Oczywiście, jest jeszcze inna możliwość. Można docierać do niewielu osób i w dodatku nie zajmując się nimi dalej, skoro już zostali zbawieni. Czyli wąsko i płytko. Zgadzając się z bolesną prawdą, że tak pewnie wygląda służba wielu wyznawców Chrystusa, na pewno nie chcemy takiej marnej owocności.
A jaki jest Twój wybór, czytelniku tego wpisu? Szeroko czy głęboko?
Chcesz ratować jak najwięcej osób, zgadzając się jednocześnie, aby ich duchowe życie było bardzo powierzchowne?
Wybierasz zaangażowanie w głębię przemiany, aby wypełnić cały Wielki Nakaz Misyjny?
A może masz tak małą wizję, że zgadzasz się, aby było mało osób nawróconych i w dodatku powierzchownie żyjących, czyli wąsko i płytko?
A może widzisz jeszcze inną możliwość?
]]>Zawsze głoście Ewangelię, a gdyby okazało się to konieczne, także słowami (św. Franciszek z Asyżu). To bardzo znany cytat. Sugeruje on, że Ewangelię można przekazywać inaczej niż słowami.
Jeśli ktoś głosi Ewangelię, a jego życie jest zaprzeczeniem jej przesłania i mocy, to jest po prostu mało wiarygodny. A nawet gorzej, złe świadectwo życia osób mieniących się chrześcijanami, może być „szczepionką” która skutecznie uodporni ludzi na przesłanie o Chrystusie.
W Nowym Testamencie czytam o cudownych znakach potwierdzających Ewangelię. Przemienione życie naśladowców Chrystusa dowodzi zbawiającej mocy Ewangelii. Obecność samego Chrystusa w każdej narodzonej na nowo osobie sprawia, że staje się ona światłością świata – Chrystus z niej promieniuje na ludzi wokół. Boży pokój napełniający chrześcijan jest odczuwany przez ludzi, z którymi oni się zadają.
Pokój lub światłość mogą pobudzić ludzi do szukania tego, co my otrzymaliśmy od Boga. Przemienione, oczyszczone z grzechu, nienaganne życie jest argumentem nie do odparcia – trudno się sprzeciwić świadectwu! Dlatego zdarza się, i to dość często, że naśladowcy Chrystusa są obmawiani, fałszywie oskarżani o rzeczy, których nie zrobili (Pan Jezus właściwie gwarantuje to swoim naśladowcom). To taka zasłona dymna, której celem jest utrudnić nawrócenie kolejnych osób.
Uczynki miłości pozyskują serca ludzi i otwierają ich na słuchanie. Znaki i cuda, szczególnie uzdrowienia i uwolnienia, są przejawami mocy Bożej, która zdziera zasłonę z serc ludzi.
Jest tych możliwości sporo i to rodzi pokusę, aby darować sobie mówienie, skoro innymi środkami można przekonywać…
Ale Ewangelia to konkretna treść, która wyraża się słowami! To jest wiadomość, Dobra Nowina! …że Chrystus umarł za nasze grzechy według Pism, że został pogrzebany i że trzeciego dnia zmartwychwstał według Pism. (I List do Koryntian 15,3-4 NP.)
Dlatego Piotr w swoim liście napomina: Na Panu – na Chrystusie – skupcie się raczej w swoich sercach. Dzięki temu będziecie zawsze gotowi do obrony przed każdym, kto zechce, byście mu wyjaśnili, dlaczego żyjecie nadzieją. (I List Piotra 3,15 NP)
Ewangelię zawsze trzeba opowiedzieć. Takie jest nasze zadanie. Nie zrobią tego za nas aniołowie, ani też Bóg sam się nie objawi ludziom. Podział zadań jest jednoznaczny i niezmienny. My opowiadamy, a Duch Boży przekonuje.
Opisany w Dziejach Apostolskich Korneliusz zobaczył potężnego anioła, który jednak nie przekazał mu Dobrej Nowiny, bo nie miał do tego prawa. Kazał posłać po Piotra, który miał odpowiednie upoważnienie. Obecnie często słyszymy o muzułmanach, którym we śnie objawił się Chrystus. Osobiście żadnego z nich nie poznałem, ale jasne jest, że nigdy bym się o tym nie dowiedział, gdyby ci muzułmanie nie spotkali jakichś chrześcijan, którym opowiedzieli o swoim przeżyciu (i zapewne uzyskali objaśnienie dotyczące drogi zbawienia).
Miłość, nienaganne życie, Boża obecność, znaki i cuda, działanie Ducha Świętego potwierdzają prawdziwość Ewangelii. A potwierdzenie ma sens tylko wtedy, gdy jest przekazywana treść.
Ewangelię zawsze trzeba opowiedzieć. Słowami.
]]>Przeżyłem swoje nawrócenie wiosną 1980 roku, po kilkunastu miesiącach znajomości z grupą osób, które miały „coś” od Boga, czego ja nie miałem. Później starałem się to „coś”, czyli Ewangelię przekazać innym ludziom. Zwykle robiłem to opowiadając „Cztery prawa duchowego życia”. Wystarczy około 15-20 minut, aby je zaprezentować. Gdy to zrobiłem, przedstawiając czwarte prawo, oczekiwałem decyzji ze strony słuchacza. Ku mojemu zdziwieniu, większość zgadzała się treścią mojego głoszenia, ale nie była gotowa na decyzję.
Moje rozczarowanie wynikało z tego, że traktowałem nawrócenie jako wydarzenie: słyszysz ewangelię i od razu reagujesz, uznając Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela.
Zapraszałem też znajomych i krewnych na spotkania ewangelizacyjne, gdzie słyszeli wezwanie do nawrócenia się, podnosili ręce, wychodzili do przodu i powtarzali modlitwę grzesznika. Nawrócili się! Byłem głęboko rozczarowany, że po jakimś czasie w ich życiu nie było widać jakiejkolwiek zmiany…
Miałem takie oczekiwanie wobec innych pomimo tego, że sam potrzebowałem kilkanaście miesięcy, aby podjąć świadomą decyzję. W tym czasie spotkania i rozmowy z wieloma osobami „dodawały się” do siebie nawzajem pobudzając mnie do szukania tego, co mieli od Boga. To szukanie było dość burzliwym czasem z różnymi przeżyciami…
Jaki obraz przedstawia nam Pismo w tej sprawie? Gdy czytamy Dzieje Apostolskie, to jesteśmy pod wrażeniem skuteczności pierwszych uczniów Jezusa w głoszeniu Ewangelii. Tysiące przydawane do Kościoła w Jerozolimie ciągu jednego dnia, całe miasta dosłownie potrząśnięte przez Ewangelię. Można odnieść wrażenie błyskawicznego, skutecznego doprowadzania ludzi do nawrócenia.
Z drugiej strony, mamy używany w wielokrotnie Nowym Testamencie obraz procesu zasiewania ziarna, jego wzrostu aż do osiągnięcia dojrzałości – gotowości na żniwo. Równoległy obraz, to poczęcie się dziecka i jego narodziny – stąd powszechny w naszym języku zwrot „narodzenie się na nowo”. Te obrazy mówią o procesie, który wymaga czasu! Głupotą, albo zbrodnią byłoby przyśpieszanie tego procesu.
A jak Ty widzisz sprawę nawrócenia? Czy to jest proces, czy wydarzenie?
A może wydarzenie, które musi zostać poprzedzone trwającym pewien czas procesem?
]]>