„Faryzeusz” – to słowo zapożyczone z Biblii na stałe zagościło w naszym języka i potocznie oznacza człowieka fałszywego, obłudnego. Historycznie rzecz ujmując, to było żydowskie stronnictwo religijne, którego członkowie starali się poprzez ścisłe przestrzeganie przepisów Prawa żyć dla Boga w oddzieleniu od nieczystego świata. Taka ich postawa niewątpliwie imponowałaby nam, gdyby nie Pan Jezus, który obnażył ich ukrytą stronę. A autorzy Ewangelii, którzy całkiem sporo miejsca faryzeuszom poświęcili opisując ich konflikt z Jezusem, kompletnie zepsuli im reputację.
Gdybyśmy jednak nie czytali Ewangelii, to mielibyśmy obraz znakomitych znawców Słowa Bożego (w zakresie Starego Testamentu oczywiście), którzy księgi Prawa znali na pamięć, a i do pozostałych Pism i Proroków sięgali swobodnie, wydobywając z nich ważne informacje, na przykład o Mesjaszu. Ich celem było oddzielenie się od nieczystości świata, żeby mieć przystęp do Boga. Byli też bardzo gorliwi („poszczę dwa razy w tygodniu i oddaję dziesięcinę ze wszystkiego”), dbając o najdrobniejsze szczegóły, gdy chodzi o wymagania Prawa. Faryzeusze byliby dla nas wzorem do naśladowania! I taką też reputację mieli w czasach Pana Jezusa. Jedynie liberalni saduceusze im się sprzeciwiali. Wiadomo, liberalna teologia jest w opozycji do ortodoksyjnej.
A jednak Pan Jezus ich atakuje jak nikogo innego. I właśnie z nimi jest w największym konflikcie od samego początku swojej służby, aż do momentu, gdy za ich sprawą i sprawą kapłanów (czyli także saduceuszy!) zostaje skazany na śmierć krzyżową.
Co było taką straszną wadą w nieskazitelnym wizerunku tych gorliwych wyznawców Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba? Teatr. Aktorstwo. Czyli udawanie doskonałości, aby na ludziach zrobić wrażenie. A nawet, aby zrobić wrażenie na Panu Bogu! Nie przyjęli Jezusa, bo Go nie potrzebowali – w teatrze, który odgrywali nie było dla Niego roli, był niepotrzebny, a nawet przeszkadzał.
Nie jestem przeciwnikiem teatru ani aktorów, bo wszyscy wiedzą, że udają kogoś, kim nie są. To jest otwarta, uczciwa gra.
Gdy czytam Ewangelię, to dowiaduję się, że Pan Jezus nie uważa diabła i jego mocy za najgroźniejszego przeciwnika Kościoła. On się Kościołowi nie oprze. Ludzie prześladujący Kościół też go nie pokonają. Najgroźniejszym przeciwnikiem Kościoła jest „kwas faryzeuszy” czyli aktorstwo. Odgrywanie jakiejś roli, udawanie, teatr. Robienie wrażenia, że się jest lepszym, niż w rzeczywistości. To jest prawdziwy problem współczesnego Kościoła. Główna przyczyna jego słabości, bo nie brak znajomości Słowa, słaba wiara, czy niedostateczne poświęcenie. Jestem przekonany, że jak tylko pozwolimy na jakąkolwiek formę udawania, teatru, to wpuszczamy kwas, który szybko się rozlezie i rozniesie słabość po całym ciele. Kwas robienia wrażenia, że się jest kimś doskonałym i osądzania wszystkich, którzy są po prostu prawdziwi. To jest w moim przekonaniu główna przyczyna skandali psujących reputację Kościoła.
Ewangelie poświęcają faryzeuszom tak dużo miejsca, nie po to, abyśmy komukolwiek przykleili łatkę „faryzeusza”. Ale, żeby każdy z nas wejrzał na swoje życie, czy nie ma tam żadnego teatru, udawania, brzydkiej prawdy ukrytej w ciemności. Ich przykład może być dla nas bardzo pożyteczny, jeśli każdy z nas potraktuje go jako ostrzeżenie dla swojego własnego życia. Bo faryzejski styl życia jest bardzo, bardzo pociągający! Jest niestety możliwe, aby znakomicie znać Boże Słowo, dobrze je rozumieć, być bardzo gorliwym i rozminąć się z Chrystusem.
Czy jest jakieś lekarstwo na teatr w Kościele? Oczywiście! Radykalne „chodzenie w światłości”, czyli życie otwarte przed innymi w którym niczego nie ukrywamy, a na pewno nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Taka postawa powoduje, że nie można nas zaatakować niczym ukrytym, bo niczego ukrytego nie ma. A to co jest wyprowadzone na światło zostaje poddane mocy Bożej, która rozprawia się z grzesznością. Pielęgnowanie takiego stylu życia wymaga pokory, atmosfery miłości i akceptacji oraz wiary w Boże usprawiedliwienie.
Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu. (I Jana 1,7)
]]>Jeśli czytasz ten mój tekst, to z dużym prawdopodobieństwem jesteś osobą narodzoną na nowo czyli jesteś „obywatelem Nieba”: Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa… (Fil. 3,20). Z jeszcze większym prawdopodobieństwem jesteś obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej.
Które z tych obywatelstw jest ważniejsze? Czy jedno wyklucza drugie? Czy można mieć podwójne obywatelstwo?
Tak, możemy mieć podwójne obywatelstwo i mamy szanować obydwa ustanowione przez Boga porządki, czyli na przykład płacić podatki: Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest Boże. (Łuk. 20,25). Generalnie mamy być poddani rozstrzygnięciom ziemskiej władzy: Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. (Rzym. 13,1). W księdze Jeremiasza 29,7 czytamy: A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie… Jeżeli należy się starać o pomyślność miasta wygnania, to tym bardziej o pomyślność kraju urodzenia i zamieszkania!
Jednocześnie jest oczywiste, że obywatelstwo ziemskie obowiązuje tylko w tym życiu, zaś niebieskie jest trwa całą wieczność. Ewidentnie niebieskie góruje! Zatem w przypadku konfliktu pomiędzy tymi ojczyznami powinniśmy dochować wierności Ojczyźnie Niebieskiej. Powszechnie negatywnie ocenia się niemieckich chrześcijan, którzy wsparli Hitlera (choć nie wiemy, jak my byśmy się zachowali na ich miejscu…). A nieliczni, którzy odważyli się w imię swojego sumienia nazizmowi sprzeciwić, jak Dietrich Bonhoeffer, uważani są za bohaterów. Zatem są granice posłuszeństwa doczesnej władzy, granice wierności ziemskiej ojczyźnie.
Duma narodowa, która wynosi się ponad inne narody jest sprzeczna z jedną z największych wartości Królestwa: każdy człowiek jest tak samo cenny, bo za każdego tak samo Zbawiciel cierpiał na krzyżu i oddał za niego swoje życie. I to powinno stanowić oczywistą, nieprzekraczalną granicę patriotyzmu u każdego chrześcijanina.
Jako obywatele Królestwa Niebieskiego mamy sprowadzać do naszego kraju jego wartości: przebaczenie, pojednanie, miłość, równość i sprawiedliwość dla wszystkich, wspieranie słabszych… Od wieków chrześcijanie to robią. Nasza zachodnia cywilizacja doświadczająca dobrobytu, broniąca praw człowieka, zabiegająca o sprawiedliwość, tworząca systemy opieki socjalnej, jest taka dzięki naszym braciom i siostrom, którzy wprowadzali na ziemię wartości wcześniej nieznane. A jeszcze wiele zostało do wprowadzenia! Może to nasze zadanie? Może właśnie to jest ten moment, aby Kościół znany od początku z niezwykłej zdolności do praktykowania przebaczenia i głoszenia pojednania, przekazał skutecznie te wartości naszemu narodowi? W imię zdrowej, biblijnej miłości do ojczyzny.
Mamy to robić naszą postawą, postępowaniem, słowami. Jesteśmy też wezwani, aby się o naszą ziemską ojczyznę modlić: Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości. Jest to rzecz dobra i miła przed Bogiem, Zbawicielem naszym, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy. (I Tym. 2,1‑4). Słowa „przede wszystkim” oznaczają, że to ma być jedna z pierwszych naszych modlitw!
Zmierzaj do Ojczyzny Niebieskiej, we wszystkim staraj się podobać Jej Królowie, a po drodze zadbaj, aby skutecznie pobłogosławić tą ziemską.
]]>Zadziwia mnie, jak z upływem czasu słowa zupełnie zmieniają swoje znaczenie. Szczególnie chodzi mi o te, które weszły do naszego języka za pomocą Biblii. A jest takich słów i zwrotów całe mnóstwo. Jeśli doszło do takiej zmiany, to niewątpliwie utrudnia ona właściwie rozumienie tekstu Pisma. Sztandarowym przykładem jest słowo „talent”, które w czasach powstawania ksiąg Biblii było po prostu jednostką wagi srebra lub złota. Oznaczało zatem ogromny majątek, co nie miało zupełnie nic wspólnego ze współczesnym znaczeniem słowa „talent”.
Innym przykładem jest słowo „członek” w znaczeniu przynależności. Mówimy o członku jakiejś organizacji, np. partii politycznej, albo stowarzyszenia. W takim przypadku określone są zasady nabywania i utraty członkostwa, prawa i obowiązki. No i oczywiście składki.
Czy zdajemy sobie sprawę, że takie rozumienie słowa „członek”, które oryginalnie oznaczało po prostu część ciała, wzięło się z Pisma, a konkretnie z 12 rozdziału I Listu do Koryntian? To właśnie w tym fragmencie Nowego Testamentu apostoł Paweł dokonuje swego rodzaju wynalazku, czyli tworzy tzw. neologizm – wprowadza do naszego języka nowe pojęcie: „członek kościoła”. Potem rozszerzono je do wszelkiego rodzaju organizacji, jednocześnie bardzo spłycając znaczenie w jakim użył je Paweł…
To oryginalne użycie słowa „członek” mówi nam o organicznym połączeniu, zrośnięciu ze sobą nawzajem, o jedności działania, o tym, że siebie nawzajem potrzebujemy i dlatego mamy traktować się z miłością i szacunkiem. Jeśli tak pojmujemy członkostwo w kościele (w znaczeniu lokalnej wspólnoty przede wszystkim), to ma to swojej konsekwencje. Bo do ciała nie można się zapisać, trzeba w nie wrosnąć. W praktyce sprowadza się to do zbudowania takiej relacji z kilkoma osobami, że byłoby bardzo, bardzo trudne, aby ją zerwać. A to oznacza, że będzie trudno się „z kościoła wypisać”. I to jest bardzo ważne, bo ta silna relacja jest potrzebna, żebyśmy wytrzymali proces wzajemnego kształtowania swoich charakterów i potrafili wzrastać w miłości. To oznacza także, że gdy zachodzi potrzeba pozbycia się kogoś, bo swoim postępowaniem zagraża reszcie wspólnoty, to jest proces bolesny, podobny do obcięcia sobie nogi lub ręki.
Takiego wrośnięcia nie można osiągnąć jednym podpisem pod jakąś deklaracją członkowską. To zabiera wiele miesięcy. I nie zawsze się udaje.
Czy to znaczy, że formalna deklaracja członkowska, zawieranie przymierza są całkiem bez sensu, niepotrzebne? Niekoniecznie. Na pewno istotne jest, aby zasady współżycia w ramach wspólnoty, „prawa i obowiązki” były jasno określone. Jeśli nie zostaną świadomie zdefiniowane, to i tak pojawią się w formie niepisanych praw, z których część jest ukryta przed nowymi osobami. Lepiej, jeśli rzeczy są jasno określone. Możesz zobaczyć przykładowy zestaw zasad napisany dla małej grupy.
A jak jest z Tobą? Jeśli jesteś naśladowcą Chrystusa, to czy należysz do jakiejś wspólnoty? A jeśli należysz, czy jesteś jej członkiem w znaczeniu biblijnym? Czy mógłbyś wymienić kilka osób z tej wspólnoty, z którymi byłoby Ci naprawdę trudno się rozstać? Czy zasady, którymi się rządzi ta wspólnota są jawne i jasno określone?
Zapewne sam fakt, czy ktoś podpisze deklarację członkowską, czy też zgodzi się w innych sposób stać częścią wspólnoty jest sprawą drugorzędną. Ważne, żeby zasady były określone, a przynależność polegała na wrośnięciu we wspólnotę. Wtedy naprawdę stanowimy ciało Chrystusa.
]]>