Śmierć kogoś znajomego jest zawsze konfrontacją z wiecznością, rodzi wiele trudnych pytań. A jeśli to była osoba bliska, to rozstanie się z nią jest przyczyną ogromnego bólu.
Szczególnie trudno pogodzić się z tym, że odchodzi ktoś, kto jest znany z dobrych dzieł i jest w trakcie pełnienia wspaniałej służby w tym świecie. Gdy dowiadujemy się o chorobie, modlimy się o uzdrowienie. Gdy uzdrowienie nie następuje, to ogarnia nas poczucie bezradności. Możemy się do tego stopnia zniechęcić, że przestaniemy wierzyć, że Bóg uzdrawia. Możemy też zareagować desperacją, żeby znaleźć skuteczniejszy sposób modlitwy przeciwko złośliwym chorobom takim, jak nowotwór. Jeśli desperacja ta jest z Bożego pobudzenia to dobrze! Oglądamy co raz więcej uzdrowień z poważnych chorób. Jeśli desperacja wynika tylko ze złości na chorobę i cierpienie, to może nic nie dać…
A może potrzebne jest zupełnie inne spojrzenie na śmierć? Co Pan Bóg mówi na temat śmierci? Gdy Adam i Ewa zgrzeszyli, Bóg powiedział: Ponieważ człowiek stał się taki, jak jeden z Nas – zna dobro i zło – to oby teraz nie wyciągnął ręki i nie zerwał owocu również z drzewa życia; oby nie zjadł i nie żył przez to na wieki!. Dlatego Pan, Bóg usunął człowieka z ogrodu Eden… (I Mojż. 3,22–23) A więc śmierć jest wybawieniem od niekończącego się życia w grzechu i jego konsekwencjach: przekleństwie, cierpieniu, chorobie!
Z kolei apostoł Paweł napisał: Bo dla mnie życie, to Chrystus, a śmierć – to zysk. Jeśli już żyć w ciele, to dla owocnej pracy. Co bym wolał? – Nie wiem. Pociąga mnie jedno i drugie. Chciałbym stąd odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze. Jednak pozostać w ciele – to dla was korzystniejsze. (Fil. 1,21–24) Taka wypowiedź na temat śmierci jest możliwa tylko wtedy, gdy ktoś w jakimś stopniu doświadczył „bycia z Chrystusem” i było to doświadczenie równie rzeczywiste, jak doświadczenie doczesnego materialnego życia. I wiemy, że miał on niezwykłe spotkania z Chrystusem (patrz np. II Kor. 12,2‑4).
Zatem Paweł „zajrzał” do świata, gdzie króluje Chrystus, „dotknął go” i to zmieniło jego spojrzenie. Może i my potrzebujemy takiego doświadczenia? Nie tylko szukać przełomów w tym życiu, ale także umocować się w przyszłym? Nie tylko być gotowym na odejście z powodu uciążliwości obecnego stanu (na przykład bolesna, przewlekła choroba), ale z powodu atrakcyjności przyszłego życia? Odnoszę się do tego we wpisie „Jak się zakotwiczyć w wieczności?”.
Gdyby było odwrotnie, niż jest obecnie, czyli chrześcijanie wyżej ceniliby sobie życie z Chrystusem w wieczności, niż to doczesne, to oczywiście dążylibyśmy do tego, aby jak najszybciej odejść z tego świata. Zamiast podejmować walkę z chorobą groźną dla życia, uznalibyśmy ją za dobrą okazję, aby odejść. Nasza modlitwa byłaby raczej: „Niech to się stanie jak najszybciej, bez zbędnego bólu”. Ale jest jeszcze coś: zadanie do wykonania w tym życiu. Jest Boży plan dla Ciebie, pewna trasa do przebiegnięcia, praca do wykonania. I chodzi tutaj o zadanie, które będzie mieć ogromne znaczenie w wieczności: kolejne osoby zbawione, kolejni uczniowie Chrystusa, wierzący doprowadzeni do dojrzałości. To był powód, dla którego Paweł uznał, że jeszcze tutaj zostaje i dopiero, gdy dokończył swoje zadanie napisał: Toczyłem piękny bój. Bieg ukończyłem. Wiarę – zachowałem. Teraz czeka na mnie wieniec sprawiedliwości… (II Tym. 4,7–8) W takim przypadku śmierć jest wezwaniem do odebrania nagrody po spełnieniu swojego zadania.
Pozostaje jeszcze ból rozłąki. Szczególnie dotkliwy, gdy odszedł ktoś bliski, np. współmałżonek. Im lepsza relacja z małżonkiem, tym większy ból. Rana potrzebuje swojego czasu, aby się zabliźnić. I to pod warunkiem, że nie będzie rozdrapywana. Sam czas nie goi ran. Pocieszenie i uzdrowienie przychodzi od Stwórcy, a jednocześnie kochającego Ojca. On może każdemu pomóc.
Niech sam Bóg da nam zrównoważone, pełne spojrzenie na życie i śmierć, a także przyniesie pocieszenie i uzdrowienie każdemu, kto cierpi ból rozłąki! On jest DOBRY!
]]>Zwrot ze znanego podobieństwa Pana Jezusa stał się częścią naszego języka. Niestety, po drodze, w jakiś sposób znaczenie tego, co On powiedział zostało przekręcone. Takie błędne zrozumienie ważnego nauczania Pana Jezusa może mieć poważne konsekwencje w wieczności. Chodzi mi o podobieństwo o talentach, w którym Pan Jezus mówi o nagrodzie za służbę (Mat. 25,14-30, a ten zwrot, to „zakopać swój talent”)
Zacznijmy od wyjaśnienia, co oznacza słowo „talent”. Nie ma absolutnie żadnych powodów, aby chodziło o nasze zdolności czy obdarowanie! Wręcz przeciwnie, przy takim rozumieniu podobieństwo zawiera absurdalne, trudne do wyjaśnienia stwierdzenia: I dał jednemu pięć uzdolnień, a drugiemu dwa, a trzeciemu jeden, każdemu według zdolności i odjechał (werset 15) oraz Powinieneś był więc dać uzdolnienia moje bankierom, a ja po powrocie odebrałbym, co moje, z zyskiem (werset 27 – jak można swoje uzdolnienia oddać bankierom?)
Talent to jednostka wagi używana do odmierzania złota lub (częściej) srebra o dużej wartości. Trudno jest to przeliczyć na dzisiejszą walutę – może to być wielkość rzędu jednego miliona polskich złotych (patrz objaśnienie, którego do tego prowadzi). Zatem wydaje się, że zastąpienie w podobieństwie słowa „talent” słowem „milion”, pomoże nam lepiej je zrozumieć.
Zatem o czym jest to podobieństwo? O tym, że Pan powierza swoim sługom ogromny majątek, a ich zadaniem jest tym majątkiem obracać, aż Pan powróci. Ci słudzy, którzy pomnożą majątek swojego Pana, otrzymają za to nagrodę. O jaki majątek naszego Pana może chodzić? Co jest tak cenne, że porównane jest do miliona? Pewną wskazówkę otrzymujemy przez słowa mówiące o wartości ludzkiej duszy: Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? (Mat. 16,26) Jeśli do tego dołożymy fakt, że wielkość w Królestwie Bożym mierzy się ilością osób, którym ktoś służy (Mar. 10,43-45), to uzasadnione staje się stwierdzenie, że tym drogocennym majątkiem Pana Jezusa są ludzie. Zaś pomnażanie talentów, to nic innego jak pomnażanie ilości ludzi zbawionych, uwolnionych od grzechu, uczynionych uczniami, doprowadzonych do dojrzałości. Zatem według tego, jak pobłogosławiliśmy innych ludzi, jak bardzo pomnożyliśmy w ludziach Boże życie, dostaniemy nagrodę. Nie liczy się jakie masz zdolności i obdarowanie, liczy się jak inni ludzie z tego korzystają! Jak wielu z nich naprawdę służysz.
A co ze zdolnościami i ich rozwijaniem? Cóż, jeśli to jest tylko rozwijanie samego siebie, to taka postawa jest bardzo skupiona na sobie i na pewno nie spotka się z pochwałą. Ale jeśli ktoś rozwija się po to, aby lepiej służyć innym, to ma sens. Naprawdę jednak tak jest, że prawdziwy rozwój wymaga pełnego miłości zaangażowania w życie drugiego człowieka.
Jeśli zatem zależy Ci, aby otrzymać nagrodę od Pana Jezusa, gdy On przyjdzie po raz drugi, zadaj sobie pytania:
Kogo Pan Jezus Tobie powierzył? W jaki sposób jesteś błogosławieństwem, w jaki sposób służysz tym osobom? Co dobrego robisz dla ich zbawienia i duchowego rozwoju? Czy naprawdę następuje w nich pomnożenie?
I jeszcze drobna wskazówka: jeśli masz dzieci, to one na pewno są częścią talentów, które Pan Jezus Tobie powierzył.
]]>Pan Jezus zachęca nas, abyśmy inwestowali w wieczność, gromadząc tam skarb, który jest dobrze zabezpieczony i odporny na jakiekolwiek zniszczenie. Możemy inwestować swój czas, energię i zdolności, którymi dysponujemy i oczywiście pieniądze.
Niezwykle ciekawe jest podobieństwo o nieuczciwym zarządcy (Łuk. 16,1-13) i wnioski jakie z historii wyciąga Pan Jezus mówiąc: I ja wam mówię: Zjednujcie sobie przyjaciół pieniędzmi niesprawiedliwego świata, aby – gdy czas pieniądza przeminie – przyjęli was do wiecznych przybytków (Łuk. 16,9 Nowe Przymierze) Czy Pan Jezus pochwala nieuczciwe postępowanie? Z pewnością nie! On zachęca do mądrego, przewidującego przyszłość postępowania. Czy zacytowany fragment oznacza, że możemy sobie za pieniądze „kupić zbawienie”? Na pewno nie. Pan Jezus kieruje te słowa do swoich naśladowców, którzy już przez wiarę w Niego zostali zbawieni. Co mogą oznaczać słowa o przyjęciu do wiecznych przybytków? Proponuję następujące objaśnienie. Przypuśćmy, że nie masz wielkiej służby w Królestwie Bożym, ale dobrze Ci idzie biznes, albo masz dobrze płatną pracę. Dysponujesz pieniędzmi. I możesz ich użyć, aby w jakiś sposób wesprzeć tych, którzy dobrze służą Panu Jezusowi i z tego tytułu będą w wieczności dysponować wspaniałym, pełnym chwały miejscem. Jeśli teraz staną się Twoimi przyjaciółmi, to w wieczności mogą Ci dać dostęp do chwały, którą sami otrzymali. Czy to ma sens? Nie upieram się, że to jest słuszna wykładnia, ale nie jest sprzeczna z resztą nauczania Słowa.
Może ktoś czytający te słowa powiedzieć, że nie dysponuje jakimiś szczególnie wielkimi zasobami. W takim wypadku chciałbym zwrócić Twoją uwagę na dwa inne fragmenty Ewangelii. W pierwszym z nich Pan Jezus zwraca uwagę, że nawet najmniejsze dobro uczynione Jego słudze, zostanie wynagrodzone: I kto napoi jednego z tych małych choćby kubkiem zimnej wody ze względu na to, że jest on uczniem, zapewniam was, nagroda na pewno go nie minie. (Mat. 10,42) Nie ma już drobniejszej przysługi, jak podanie kubka wody do picia! I naprawdę każdego stać na coś takiego!
Drugi fragment jest równie ciekawy: Jezus usiadł naprzeciw świątynnej skarbony i zaczął się przyglądać, jak tłum rzuca do niej pieniądze, a wielu bogatych rzucało bardzo wiele. Przyszła też pewna uboga wdowa i wrzuciła dwa grosze. Wówczas przywołał swoich uczniów i powiedział im: Zapewniam was, ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż oni wszyscy. Bo oni wrzucali z tego, co im zbywało, ona zaś – sama w niedostatku – wrzuciła wszystko, co miała, całe swoje utrzymanie. (Mar. 12,41-44 Nowe Przymierze) A więc jest jakiś szczególny przelicznik ziemskich pieniędzy na wartość w wieczności. Nie liczy się bezwzględna kwota, ale raczej to, ile ona znaczy dla dającego. Czy uboga wdowa otrzyma nagrodę w wieczności większą niż bogaci ludzie wrzucający ogromne kwoty? Zakładamy, że tak…
Jaki jest Twój plan biznesowy na wieczność? Czy masz zwyczaj inwestować w przyszłość umiejętnie wykorzystując te pieniądze, czas i energię, jakimi dysponujesz? Bycie niezamożnym nikogo nie pozbawia takiej możliwości… Zatem każdego stać gromadzenie skarbów w niebie.
]]>Inny sposób wzmocnienia nadziei, „zakotwiczenia się w niebie”, to świadome zainwestowanie doczesnego życia w wieczność. Pan Jezus zachęca nas: Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną: Ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój – tam będzie i serce twoje (Mat. 6,19-21). To jego stwierdzenie oznacza, że możemy w trakcie doczesnego życia gromadzić sobie skarby w niebie i że jest to bardzo pewna, bezpieczna inwestycja. Pozwolę sobie przytoczyć przykład osoby, która to niewątpliwie robiła.
Apostoł Paweł był bardzo świadomy wieczności i wartości inwestowania swojego życia właśnie w wieczność. Do chrześcijan w Tesalonice, którym głosił Ewangelię, następnie otoczył opieką i doprowadził do dojrzałości, napisał: Bo któż jest naszą nadzieją albo radością, albo koroną chwały przed obliczem Pana naszego Jezusa Chrystusa w chwili jego przyjścia? Czy nie wy? (I Tes. 2,19)
Jeśli przeczytamy jeszcze kilka innych wersetów z tego samego rozdziału (I Tes. 2,7‑12), poprzedzających powyżej zacytowany, to jasne staje się, że Paweł, a także towarzyszący mu Sylas i Tymoteusz, zainwestowali część swojego życia w Tesaloniczan. Najpierw tych nowonawróconych ludzi – duchowe niemowlęta – otoczyli matczyną miłością, pełną pasji i oddania. A potem, gdy oni już nieco „podrośli” duchowo, wychowywali ich okazując im ojcowską miłość. Zachęcali do lepszego, bardziej zwycięskiego życia. Uczyli radzić sobie z bólem porażek i niepowodzeń. A także swoim własnym przykładem pokazywali jak żyć bezkompromisowo dla wartości Bożego Królestwa. A taki rodzaj rodzicielskiej opieki wymaga poświęcenia! Nie da się czegoś takiego dokonać bez dotknięcia życia tych ludzi, bez oddania im jakiejś części swojego życia. I właśnie w ten sposób Paweł gromadzili sobie nagrodę w niebie – wieniec chwały.
Jest wiele osób, które starają się służyć Bogu. Jest wielu przywódców, których podziwiamy za ich osiągnięcia w tej służbie: ilość ludzi, którzy usłyszeli Ewangelię, wzrost lokalnej wspólnoty kościelnej, a może nauczanie, które zmieniło wiele osób. Ale wygląda na to, że spośród wielu rzeczy, które możemy robić, najcenniejsze jest „zasiewanie” swojego życia w życie drugiego człowieka. W gronie tych, którzy zgromadzili sobie nagrodę w niebie z całą pewnością są wszyscy pobożni rodzice, którzy otaczają miłością i wychowują swoje dzieci. W szczególności wszystkie mamy, które w pełnej poświęcenia miłości przekazują swoim dzieciom swoją wiarę w Boga. Ta służba nie straci swojej nagrody, chociaż tutaj na ziemi, często jest niedoceniana.
A Ty, dla kogo żyjesz? W kogo zasiewasz swoje życie? Dla kogo jesteś błogosławieństwem?
Pan Jezus zachęcając do inwestowania swojego życia w wieczność, powiedział jeszcze coś ważnego: gdzie jest skarb twój – tam będzie i serce twoje (Mat. 6,21). To oznacza, że jeśli świadomie inwestujesz w wieczność, czyli robisz coś, za co nagroda będzie dopiero w przyszłym życiu, przenosisz TAM swoje serce, „zakotwiczasz się w wieczności”. To oznacza właściwą zmianę w kierunku życia, zainteresowaniach, priorytetach. Nadzieja wieczności wzrasta.
]]>Modliłam się, dziękowałam Bogu za dziedzictwo, za ziemię obiecaną… i zobaczyłam, że stoję na polu, nie pamiętam krajobrazu, ale dobrze pamiętam zwykłą trawę… nie umiem powiedzieć co to było, sen czy wizja… ale z pewnością mogę powiedzieć, że widziałam w trawie i pośród trawy Bożą chwałę, a Jego obecność była wszędzie… Ciężko wyrazić to słowami… Było to podobne do tego, kiedy widzimy piękny kwiat, oglądamy, rozkoszujemy się jego widokiem, ale żeby pomyśleć, że to Bóg go stworzył, potrzebujemy czasu. Ale tam było odwrotnie – od razu wyraźnie widać było Jego chwałę, a potem sam kwiat… Przez oglądanie Jego chwały i rozkoszowanie się Jego obecnością spływała na mnie radość i cały czas rosła, i nie było jej końca… nie męczyło mnie to ani mi się nie nudziło… na ziemi można być zmęczonym dobrymi emocjami – tam odwrotnie… nie było żadnych ograniczeń – strachu, wątpliwości… uwielbienie – to tam taki normalny, stały stan…
Sen‑wizja skończył się i ja zastanawiałam się – to przez oglądanie tylko trawy i pola? Bo nic innego nie widziałam… Ale i tak byłam szczęśliwa, że mogę wracać w pamięci do tego stanu rozkoszy…
Po miesiącu czy dwóch, znowu byłam w tym samym miejscu… pole, trawa… i radość bezgraniczna oglądania Bożej chwały i obecności… i nagle przed sobą zobaczyłam Boga… dokładniej, to całego Go nie widziałam, tylko część… patrzyłam tam i widziałam całą naszą relację z Bogiem – jak On mnie kocha, troszczy się o mnie, chroni, dba – moje modlitwy, pytania, wyznania – Jego odpowiedzi, objawienia, namaszczenia, przebaczenie, oczyszczenie (wszystko, co tutaj mam na ziemi, ale nie mogę tego zobaczyć) i w tym wszystkim Jego Potęgę, Moc, Chwałę… po jakimś czasie ta chwała zaczęła zstępować na mnie, a ja nią jaśniałam… ona odbijała się ode mnie… Moją cząstkę w Bogu mogłam widzieć tylko ja. Ta chwała nie miała granic… obok siebie zobaczyłam innych ludzi… oni też patrzyli na Boga i widzieli swoje cząstki w Bogu, których nikt inny nie mógł bezpośrednio zobaczyć, ale każdy mógł oglądać ich odbicie… to była taka mozaika Boga… Jego odbicie w nas… taka pełnia, którą On nas napełnił… w tym momencie bardzo zaskoczyła mnie jedność, która łączyła różnice pomiędzy poziomami i rodzajami chwały w nas – była to prawie namacalna – miłość – o tak to była MIŁOŚĆ – Ona potrafiła bez zmiany indywidualności każdego z nas stworzyć JEDNO bez konfrontacji!!!! To co na ziemi doprowadziłoby do konfliktu lub religijnej wojny tu w ogóle nie było istotne…
Jeszcze dziwniejsze było to, że nie widziałam w ogóle dokładnych rysów ludzi stojących obok… bo chwała Boża zstępująca na nich odwracała całą uwagę na siebie…
Mieliśmy swoje cząstki w Bogu, jeden mniejszą, drugi większą… ale nikt nie był zazdrosny, ani nie użalał się nad sobą… bo najmniejsza cząstka była tak duża, że można było się rozkoszować nią przez całą wieczność, a ten który miał bardzo, bardzo dużą cząstkę, wiedział że i tak to nie jest cały Bóg… żeby oglądać Całego Boga, musieliśmy spojrzeć na siebie nawzajem…
Pamiętam ten stan wolności od strachu przed błędami, grzechami – to było niesamowite!
Wolność, miłość, jedność – to wszystko wywoływało olbrzymią radość, która cały czas narastała…
Bardzo jestem szczęśliwa, że doświadczyłam czegoś takiego… teraz widzę w Biblii
i w życiu to, co wcześniej nie było widoczne… mam duże pragnienie lepszej relacji z Bogiem… więcej szacunku do relacji innych ludzi z Bogiem i nie tylko w Kościele…
Ale zdaję sobie sprawę, że sam ten sen ani nie przybliża ani nie oddala mnie od Boga… bo błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli…
]]>Najbardziej życiodajną służbą chrześcijanina jest przekazywać otrzymane od Boga życie dalej. Jeśli chcesz zachować życie, nie pozwolić, aby wyschło, musisz innych przyprowadzać do Chrystusa. Nie ma większej radości i większego przypływu życia, niż przyczynić się do czyjegoś zbawienia! Ale te momenty radości i życia przeplatają się z momentami rozczarowania…
Pan Jezus porównał głoszenie Ewangelii do rozsiewania ziarna. To jest przypowieść o siewcy, którego ziarno pada na cztery rodzaje gleby (patrz na przykład Mat. 13,4‑9.18‑23)
Ziarno zasiane na drodze. Gdy głosimy Ewangelię, to napotkamy na obojętność. Bardzo często. I to ze strony osób, na które „liczyliśmy”. Mówimy, wydaje się że ktoś słucha ze zrozumieniem, ale ani w najbliższym czasie, ani też później nie widać żadnej przemiany, żadnego owocu. To powoduje rozczarowanie i zniechęcenie.
Ziarno zasiane na gruncie skalistym. Będziemy też oglądać spektakularne, pełne pasji nawrócenia. To wspaniała nagroda dla każdego, który głosi słowo Ewangelii. Z ekscytacją opowiadamy innym o tych nawróceniach, aby i oni mogli podzielać naszą radość, i aby ich zachęcić do głoszenia. Ale zdarza się, że po pewnym czasie entuzjazm takich osób wygasa. Przychodzą jakieś drobne rozczarowania, porażki, przeciwności, i ci gwałtownie nawróceni ludzi zobojętnieją i odejdą. Niezrozumiałe i bardzo przykre.
Ziarno zasiane między ciernie. Zdarzą się też osoby, które w zasadzie dobrze i szczerze przyjęły Słowo Ewangelii, ale pozostawiły w swoim życiu chwasty nadmiernych trosk, starania się o ziemski dobrobyt. Taki chwast można unieszkodliwić tylko na jeden sposób – całkowicie go wyrywając, czyli wyćwiczyć się w gromadzeniu skarbów w niebie. Jeśli to nie nastąpi, to nawet jeśli ktoś dochowuje wierności, to jego życie w zasadzie nie przynosi żadnego owocu – całą energię zużywają ciernie trosk i pożądania, pogoni za doczesną przyjemnością, za wygodą. Takie osoby mogą bardzo długo wytrwać w relacji z Bogiem i Jego Kościołem, ale ich życie nie powoduje wzrostu Królestwa Bożego. W pewnym sensie jest zmarnowane. Nie ma pełnej satysfakcji, szkoda.
Pan Jezus uprzedził nas, jakie mogą być efekty głoszenia Ewangelii i nie nakazał wcześniejszego sprawdzania gleby, na którą siejemy, czyli człowieka, któremu głosimy. Takie rozczarowania są wliczone w naszą służbę Bogu. Zostały zapowiedziane. Są nieuchronne. Pomimo to, mamy zasiewać szeroko, bo nie wiemy, kto kim jest, jaką jest glebą.
Ale oprócz nieuchronnych i bolesnych rozczarowań, czeka nas też radość. Przynajmniej od czasu do czasu. To jest wtedy, gdy nie tylko pokazaliśmy komuś drogę zbawienia, ale on sam stał się wspaniałym narzędziem w Bożych rękach do ratowania wielu kolejnych osób. To jest ziarno posiane na żyzną glebę. Dla tej radości warto znieść rozczarowania!
I jeszcze wskazówka. Jeśli ograniczasz głoszenie Ewangelii do osób zupełnie nieznajomych (np. ewangelizacja uliczna), to prawdopodobieństwo, że Ewangelia zostanie przyjęta jest bardzo małe. Rozczarowanie będzie bardzo dominujące i może przerodzić się w zniechęcenie. Więcej szans na sukces będziesz mieć, gdy starasz się być świadectwem wśród ludzi, z którymi się znasz. Gdy okazujesz im zainteresowanie i miłość, cierpliwie czekasz na dogodny moment, aby przekazać Słowo Życia, to jest bardzo duża szansa, że się uda!
]]>Bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać. (Dz. 20,35 Biblia Warszawska)
Myślę, że wszyscy naśladowcy Chrystusa chcą być pełni takiego samego entuzjazmu, radości, miłości, pasji od początku aż do końca swojej drogi na ziemi. Zmagamy się ze zniechęceniem, tracimy pierwszą miłość, stajemy się letni… Czy można to odwrócić? Czy jesteśmy skazani, aby żyć nadzieją przebudzenia, które kiedyś znowu nas ożywi?
W tym świecie mamy do czynienia z życiem, które trwa od wieków. W postaci mnóstwa gatunków roślin i zwierząt. Ale żadna pojedyncza roślina ani żadne pojedyncze zwierzę nie jest przeznaczone, aby żyć na tej ziemi bez końca. Ma dać życie kolejnym roślinom i zwierzętom. Zatem życie trwa poprzez przekazywanie go dalej. A nawet pomnaża się w ten sposób! W podobny sposób rzeczy się mają, gdy chodzi o duchowe życie zarówno poszczególnych naśladowców Chrystusa, jak i wspólnot kościelnych. Zacząłem to dostrzegać przez osobiste doświadczenia.
To miało miejsce kilkadziesiąt lat temu. Odbywała się regularna ewangelizacja uliczna poprzez rozdawanie traktatów i opowiadanie ewangelii. Z powodu swojej nieśmiałości, nie brałem w tym udziału, to było zbyt wielkie wyzwanie dla mnie. Pewnego dnia musiałem pojechać na miejsce ewangelizacji, aby komuś przekazać klucze od mieszkania. I tam, w brudnym, szarym przejściu podziemnym, gdy podszedłem do osoby, której miałem oddać te klucze, zostałem dotknięty niezwykłą Bożą obecnością! To było zaskakujące, niezwykłe i głęboko poruszające i… pouczające. A więc w czymś tak zwyczajnym, jak rozdawanie traktatów i rozmawianie z ludźmi na ulicy jest tak mocno obecny Bóg?
Ileś lat później miałem możliwość rozmawiania o Bogu i zbawieniu z ludźmi, którzy przyszli na ewangelizacyjny koncert w parku. I mimo, że w tym momencie nikt się nie nawrócił, to po takiej rozmowie czułem się niesamowicie pobłogosławiony – zostałem napełniony życiem.
To wszystko pomogło mi zobaczyć, że głównym sposobem na utrzymanie życia osobistego oraz życia wspólnoty kościelnej jest przekazywanie życia. Czyli dzielenie się świadectwem i opowiadanie ewangelii ludziom jeszcze nie zbawionym. Jeśli tego nie robimy, zaczynamy wysychać. Jeśli Kościół zaniedbuje ewangelizację, to zaczyna tracić życie, skupia się na mało ważnych rzeczach, zużywając na nie swoją energię, tocząc spory, nierzadko dzieląc się z błahych powodów. I wypracowuje pustą religijność, która zastępuje żywą relację z Bogiem.
Zatem ewangelizacja, to sprawa życia i śmierci! Nie tylko sprawa ratowania ludzi jeszcze niezbawionych przed wiecznym potępieniem. Ale także sprawa życia ludzi już zbawionych i zachowania życia całych wspólnot.
Duchowe życie otrzymaliśmy od naszego Pana Jezusa Chrystusa. On jest źródłem. Ale nie możemy go utrzymać, tylko biorąc. Jeśli chcemy je zachować, to musimy dawać, przekazywać je dalej. Inaczej zaczniemy je tracić, będziemy wysychać.
Przekazywanie ewangelii zarówno dla mówiącego jak i dla słuchacza jest sprawą życia i śmierci!
]]>