Ciągle coś nowego odkrywam w Bożym Słowie. Ponieważ jestem matematykiem, więc bardzo lubię to porządkować, układać w jakąś logiczną całość. Jeśli więc teologię zdefiniować jako uporządkowane systematyczne poznanie Boga i Jego Królestwa, to można mnie uznać za miłośnika teologii.
A jednak, gdy chodzi o sprawę zbawienia człowieka, to uważam, że znaczenie teologii „jest trochę przereklamowane”. Dlaczego? Ponieważ teologia, to wiedza. I jest możliwe, aby bardzo poprawną, biblijną teologię przyswoić całkiem dobrze, jednocześnie nie mieć właściwie nic wspólnego z Panem Bogiem. Taka „wiara” typu akademickiego na nic się nie przydaje. Panu Bogu chodzi o nas, o osobistą więź z Nim, a nie tylko, żebyśmy dużo o Nim wiedzieli. Czy jest możliwe, aby ktoś wiedział i nic z tą wiedzą nie zrobił? Tak, bo wiedzę można łatwo pozyskać, a relacja to zobowiązanie. Nie każdy jest na nie gotowy.
Jest też taka możliwość, że ktoś podejmuje zobowiązanie. Decyduje się „żyć dla Pana Boga”, ale w sposób przez siebie kontrolowany. Podejmuje zobowiązanie, ale w tej relacji daje od siebie dokładnie tyle, ile sam postanowi. Biblijnym przykładem takiej postawy jest faryzeusz modlący się w świątyni, który pościł dwa razy w tygodniu i dawał dziesięcinę ze wszystkiego, co posiadał (Łuk. 18,12). Taki sposób relacji z Panem Bogiem nazywamy religijnością.
Jednak prawdziwa relacja z Panem Bogiem, taka o którą Jemu chodzi, nie jest tylko zobowiązaniem. Jest nieprzewidywalnym zobowiązaniem wobec Osoby, która ma prawo decydować o wszystkim. Każdy, kto jest w związku małżeńskim rozumie, co to znaczy, nieprzewidywalność zobowiązania. Ona jest wpisana w związek z osobą która jest inna, ma swoje oczekiwania i potrzeby. I na takie zobowiązanie trudno jest się zdecydować.
Zarówno wiedza, zwłaszcza ponadprzeciętna, a jeszcze bardziej wysoki poziom zobowiązania, mogą dać nam zaspokojenie, poczucie, że przecież „muszę być w porządku, skoro wiem, albo daję z siebie więcej, niż ci wszyscy wokół mnie”?
Spotkałem osoby, które emanowały pychą z powodu swojej wiedzy teologicznej. Jest też wielu, którzy pokładają nadzieję i są dumni z powodu swoich zobowiązań wobec Pana Boga. Najwybitniejszy teolog czasów Nowego Testamentu, apostoł Paweł napisał Poznanie jednak nadyma, miłość – buduje (I Kor. 8,1), a w innym miejscu wyznaje …co do sprawiedliwości – jeśli mierzyć ją normą Prawa – człowiek bez zarzutu. A jednak cokolwiek mogło mi nieść jakąś korzyść, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. Więcej, w świetle doniosłości poznania Jezusa Chrystusa, mojego Pana, nic się dla mnie nie liczy. Dla Niego straciłem wszystko i wszystko uznaję za gnój, żeby tylko zyskać Chrystusa (Fil. 3,6–8)
Uważam więc, że powinniśmy pogłębiać naszą teologię równolegle z pogłębianiem relacji z Bogiem. Gdy teologia wyprzedza jakość tej więzi, to zazwyczaj dzieją się niedobre rzeczy. Na przykład, w przekonaniu słuszności swojego zrozumienia Biblii potrafimy osądzać wszystko naokoło, co się z naszą wiedzą nie zgadza.
A przecież nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć jedyna słuszna (biblijna) teologia! Jest tak, ponieważ wszyscy, którzy poznaliśmy osobiście Boga, jesteśmy w procesie poznawania Go i w tym życiu nikt Go całkowicie nie pozna: …Wiedza? – Jej świeżość przeminie. Zresztą nasza wiedza jest i tak wycinkowa… (I Kor. 13,8‑9) Ponadto, są pewne kwestie, których nie da się dobrze teologicznie poukładać – logika naszych umysłów jest niewystarczająca, gdy chodzi o wielkiego Boga. Są też odwieczne spory teologiczne – być może nie zostały rozstrzygnięte, bo nie da się ich rozstrzygnąć?
Wreszcie, jestem absolutnie przekonany, bo na własne oczy to widziałem, że można mieć bardzo dobrą relację z Panem Bogiem i jednocześnie mieć luki w teologii, które znawcom tejże mogą wydawać się nie do zaakceptowania. A Pan Bóg nie ma z tym problemu, bo człowiek, który się zdecydował na nieprzewidywalną relację z Nim, będzie też chciał nieustannie wzrastać w poznawaniu Go. Jego teologia uzupełni się, będzie się kształtować i rozwijać.
Rozwijajcie się natomiast w łasce oraz w poznaniu naszego Pana i Zbawcy, Jezusa Chrystusa. Jemu niech będzie chwała teraz i na zawsze. Amen. (II Piotra 3,18)
]]>Jeśli czytasz ten mój tekst, to z dużym prawdopodobieństwem jesteś osobą narodzoną na nowo czyli jesteś „obywatelem Nieba”: Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa… (Fil. 3,20). Z jeszcze większym prawdopodobieństwem jesteś obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej.
Które z tych obywatelstw jest ważniejsze? Czy jedno wyklucza drugie? Czy można mieć podwójne obywatelstwo?
Tak, możemy mieć podwójne obywatelstwo i mamy szanować obydwa ustanowione przez Boga porządki, czyli na przykład płacić podatki: Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest Boże. (Łuk. 20,25). Generalnie mamy być poddani rozstrzygnięciom ziemskiej władzy: Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. (Rzym. 13,1). W księdze Jeremiasza 29,7 czytamy: A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie… Jeżeli należy się starać o pomyślność miasta wygnania, to tym bardziej o pomyślność kraju urodzenia i zamieszkania!
Jednocześnie jest oczywiste, że obywatelstwo ziemskie obowiązuje tylko w tym życiu, zaś niebieskie jest trwa całą wieczność. Ewidentnie niebieskie góruje! Zatem w przypadku konfliktu pomiędzy tymi ojczyznami powinniśmy dochować wierności Ojczyźnie Niebieskiej. Powszechnie negatywnie ocenia się niemieckich chrześcijan, którzy wsparli Hitlera (choć nie wiemy, jak my byśmy się zachowali na ich miejscu…). A nieliczni, którzy odważyli się w imię swojego sumienia nazizmowi sprzeciwić, jak Dietrich Bonhoeffer, uważani są za bohaterów. Zatem są granice posłuszeństwa doczesnej władzy, granice wierności ziemskiej ojczyźnie.
Duma narodowa, która wynosi się ponad inne narody jest sprzeczna z jedną z największych wartości Królestwa: każdy człowiek jest tak samo cenny, bo za każdego tak samo Zbawiciel cierpiał na krzyżu i oddał za niego swoje życie. I to powinno stanowić oczywistą, nieprzekraczalną granicę patriotyzmu u każdego chrześcijanina.
Jako obywatele Królestwa Niebieskiego mamy sprowadzać do naszego kraju jego wartości: przebaczenie, pojednanie, miłość, równość i sprawiedliwość dla wszystkich, wspieranie słabszych… Od wieków chrześcijanie to robią. Nasza zachodnia cywilizacja doświadczająca dobrobytu, broniąca praw człowieka, zabiegająca o sprawiedliwość, tworząca systemy opieki socjalnej, jest taka dzięki naszym braciom i siostrom, którzy wprowadzali na ziemię wartości wcześniej nieznane. A jeszcze wiele zostało do wprowadzenia! Może to nasze zadanie? Może właśnie to jest ten moment, aby Kościół znany od początku z niezwykłej zdolności do praktykowania przebaczenia i głoszenia pojednania, przekazał skutecznie te wartości naszemu narodowi? W imię zdrowej, biblijnej miłości do ojczyzny.
Mamy to robić naszą postawą, postępowaniem, słowami. Jesteśmy też wezwani, aby się o naszą ziemską ojczyznę modlić: Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości. Jest to rzecz dobra i miła przed Bogiem, Zbawicielem naszym, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy. (I Tym. 2,1‑4). Słowa „przede wszystkim” oznaczają, że to ma być jedna z pierwszych naszych modlitw!
Zmierzaj do Ojczyzny Niebieskiej, we wszystkim staraj się podobać Jej Królowie, a po drodze zadbaj, aby skutecznie pobłogosławić tą ziemską.
]]>Co zrobić wobec faktu, że w Kościele pojawiają się wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy ich słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
Pan Jezus zostawił nam w tej sprawie klarowną instrukcję: Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? (Mat. 7,15-16). Ciekawe jest to, że Pan Jezus ani nie odwołuje się do duchowego rozeznania ani do zgodności wypowiedzi z Pismem. Te obydwa kryteria uważam za znaczące, ale decydujące jednak jest poszukiwanie owocu. To wymaga czasu, bo owoc nie pojawia się natychmiast. Wymaga również zapoznania z osobą, której wiarygodność chcemy sprawdzić. Możemy nawiązać z nią relację osobiście dając sobie wystarczająco dużo czasu, aby dostrzec owoce. Albo możemy poszukać kogoś, komu ufamy, kto zna tę osobę, aby udzielił rekomendacji na podstawie zaobserwowanych owoców.
Jakiś czas temu zgłosił się do mnie ktoś z odległego kraju z ofertą współpracy. Oferta brzmiała atrakcyjnie, a opis służby tego brata był imponujący. Nawet bardzo imponujący. Wobec tego zapytałem swojego znajomego z tego kraju, czy mógłby tego kogoś zarekomendować. Otrzymałem w odpowiedzi ostrożną informację, że nie dostrzegł opisywanych owoców (gdyby opis był rzetelny, byłyby trudne do przeoczenia!). Brak rekomendacji spowodował, że odmówiłem współpracy.
Przy innej okazji, zgłosił się do mnie zagraniczny misjonarz, który zaraz po przedstawieniu się zaproponował mi, abym go „sprawdził” oferując dostęp do źródła wiarygodnej rekomendacji. Jego służba w Polsce pozostawiła trwały owoc.
Uważam, że domaganie się rekomendacji w stosunku do każdej osoby, której mamy pozwolić usługiwać, powinno być obowiązującym standardem. Każdy, kto chce służyć Kościołowi powinien prowadzić przejrzyste życie i chętnie poddawać swoje służenie ocenie innych (patrz I Jana 1,5-7). Poszukiwanie potwierdzenia jest o wiele lepsze niż rozsyłanie ostrzeżeń! Zbyt łatwo wierzymy krytycznym tekstom o ludziach służących Bogu, i jednocześnie bezkrytycznie przyjmujemy nauczanie ludzi, których życia nikt nie zweryfikował (na przykład teksty i wykłady z Internetu).
Wracając do sprawdzania zgodności z Pismem. Autorzy „ostrzeżeń” powołują się na przykład Żydów z Berei, którzy „którzy byli szlachetniejszego usposobienia niż owi w Tesalonice” (Dz. 17,10) i sprawdzali głoszenie Pawła w Pismach. Tylko, że oni nie szukali tam argumentów, aby oskarżać Pawła, ale przyjmowali jego nauczanie, a następnie upewniali się, czy Pismo je potwierdza. Jest ogromna przepaść pomiędzy szukaniem powodów do oskarżenia kogoś, a upewnianiem się czy usłyszane poselstwo znajduje potwierdzenie w Słowie Bożym!
Kiedy myślę o nastawieniu jakie jest w Panu Jezusie, to nie widzę w nim ducha oskarżania. Widzę kogoś, kto staje po stronie człowieka, aby go ratować. Diabeł zaś jest oskarżycielem. Widzę ogromne zaufanie, jakim Pan Jezus nas obdarza, a jednocześnie systematyczny proces stopniowego powiększania odpowiedzialności, na zasadzie „w małym byłeś wierny, wiele ci powierzę”.
Po owocach poznacie ich!
]]>Lata temu przeczytałem publikację, która była opisywała mnie nieprzychylnie. Według tego artykułu uczestniczyłem w aktywnościach wątpliwych duchowo z punktu widzenia biblijnego chrześcijaństwa. Podane informacje były nieprawdziwe. Gdyby autor pofatygował się i zapytał mnie o to, o czym chciał pisać, to może nie miałby na swoim koncie fałszywych oskarżeń. Ale tego nie zrobił, chociaż mógł… Czytając ten tekst pomyślałem sobie, że gdyby ktoś chciał mnie zdyskredytować, to dałoby się znaleźć coś prawdziwego przeciwko mnie. Moje życie, poznanie Boga i głoszenie są dalekie od doskonałości – byłoby się do czego „przyczepić”. Ale ten ktoś nie zadał sobie takiego trudu.
Na pewnym spotkaniu jeden z obecnych pastorów pokazał tekst z Internetu, który go niepokoił, ponieważ zarzucał popularnemu w Polsce autorowi chrześcijańskiemu głoszenie sprzecznych z Pismem przekonań. Miałem możliwości, aby przez moich przyjaciół zweryfikować prawdziwość tych zarzutów. Okazało się, że oskarżany o herezję autor na pewno nie wyznaje zarzucanych mu poglądów. Oskarżający mieszkał wiele tysięcy kilometrów od oskarżonego, nigdy w życiu go osobiście nie spotkał, nigdy się z nim nie kontaktował, a całe oskarżenie zbudował na jakiejś informacji cytującej wypowiedź oskarżonego sprzed około 20 lat!
Od tamtego czasu jeszcze wiele razy dostarczano mi różne teksty ostrzegające przed rzekomymi zwodzicielami. Właściwie za każdym razem, gdy ktoś w naszym kraj zyskiwał jakąś popularność i jakiś wpływ, to natychmiast pojawiały się w Internecie ostrzeżenia przed tą osobą. Czyli mamy w naszym kraju dyżurnych sędziów, którzy na każdego znajdują jakiegoś „haka”. Zazwyczaj zupełnie zmyślonego.
Tymczasem jedno z dziesięciu przykazań mówi: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu (II Mojż. 20,16). Z tego przykazania wynika, że można kogoś oskarżyć, jeśli jest się naocznym świadkiem jego przestępstwa, a przedstawione zarzuty muszą być absolutnie zgodne z faktami.
Ponadto, czytamy też: A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego (Mat. 18,15). Jeśli więc widzę, że mój brat popełnia grzech, moim zadaniem jest zwrócić się do niego bezpośrednio i skorygować go, aby naprawił swoją drogę. Mam tym sposobem pozyskać go z powrotem do prawidłowej relacji z Bogiem i Kościołem. Inaczej mówiąc mam stanąć po jego stronie, bo celem procedury opisanej w Mat. 18 jest ratowanie, a nie potępianie.
Szkoda, że tak rzadko widzimy chrześcijan aktywnych w ratowaniu swoich braci i sióstr, a tak często mamy do czynienia z krytyką, oskarżaniem, potępianiem. Sędzia zostanie osądzony według kryteriów, jakie stosował sądząc innych. Obrońca, ten który okazuje miłosierdzie i ratuje, może liczyć na to, że jemu zostanie okazane miłosierdzie. Dokładniej, to powinien okazywać miłosierdzie innym, bo sam go doświadczył.
Bądźcie miłosierni, jak miłosierny jest Ojciec wasz. I nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, i nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni, odpuszczajcie, a dostąpicie odpuszczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, potrzęsioną i przepełnioną dadzą w zanadrze wasze; albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. (Łuk. 6,36-38)
Ale co zrobić wobec faktu, że rzeczywiście są wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy im słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
]]>Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego. (Mat. 7,1‑5 Nowe Przymierze)
Co za różnica, czy mam w oku belkę czy źdźbło? Nawet najmniejszy paproch, który dostanie się do mojego oka jest tak uciążliwy, że nie jestem w stanie w ogóle oka używać! Zrobię wszystko, aby jak najszybciej się tego pozbyć. A oko zostało zranione, to będę chciał, aby ono szybko wyzdrowiało, bo dopiero wtedy mogę swobodnie patrzeć, korzystać z tego wielkiego błogosławieństwa, jakim jest zmysł wzroku.
Zatem, być może nie chodzi o to, co siedzi w samym oku, ale jak wielki przedmiot zasłania moje pole widzenia? Może… Jeśli tak, to belka powoduje, że nie widzę prawie nic, natomiast źdźbło przeszkadza, ale pozwala sporo zobaczyć. Pan Jezus używa tego obrazu w kontekście naszej odpowiedzialności jednych za drugich i możliwości poprawiania jedni drugich.
Belka jest tak duża, że nie potrzebujemy pomocy, aby ją usunąć. To nie będzie operacja wymagająca precyzji, ale raczej radykalna zmiana, której dokonanie leży w możliwościach posiadacza belki. Co to może być, co tak mocno zaślepia człowieka? Ostatnio coraz bardziej jestem świadomy siły emocji. Jesteśmy o wiele bardziej uzależnieni w swoich przekonaniach i decyzjach od emocji, niż od logicznego myślenia. Znacznie bardziej niż nam się to wydaje. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. W szczególności rzeczy takie jak gniew, rozgoryczenie, użalanie się nad sobą powodują, że widzimy otaczający świat w bardzo wykrzywiony sposób. Ale również taka postawa jak pycha, w szczególności pycha wynikająca z naszych własnych religijnych osiągnięć, dramatycznie zaślepia. Pozbycie się tych rzeczy wymaga radykalnego uniżenia się. Nikomu nie przychodzi to łatwo, a niektórych przez długi czas na to nie stać!
Jak mogę rozpoznać, czy w moim oku jest trudna do usunięcia potężna belka, czy też tylko maleńkie źdźbło, którego mogę się łatwo pozbyć, jeśli znajdę dobrze widzącego przyjaciela? Jestem tym, który ma belkę, czy tylko źdźbło w oku?
Pamiętajmy o tym, że wszyscy mamy skłonność, aby samych siebie usprawiedliwiać (pomniejszać swoją belkę do rozmiaru źdźbła), a innych oceniać surowiej (powiększać ich źdźbło do rozmiaru belki). Ponadto, jeśli uważasz, że Twój wzrok nie jest niczym zakłócony i widzisz doskonale, aby precyzyjnie innych ocenić i skorygować, to najpewniej w Twoim oku siedzi potężna belka, której nie chcesz się pozbyć i uczyniłeś ją częścią samego siebie.
Następnie, warto sobie uświadomić, że nikt z nas nie posiada zdolności, aby bezbłędnie oceniać ani siebie, ani innych. Wszyscy mamy w oku jakieś źdźbła. Nie mamy dokładnego, pełnego poznania prawdy. Jednak nasze widzenie poprawia się znacząco, jeśli zbliżamy się do Tego, który jest Prawdą, Jezusa Chrystusa. Tylko On widzi wszystko dokładnie i obiektywnie, i może dokonać sprawiedliwego osądu. On uzdrawia nasz wzrok.
Jak blisko jestem Prawdy, a tym samym prawdy? Mogę to poznać, po moich uczuciach, postawie i stosunku do innych. Pokora, uważanie innych za ważnych, wartych wszelkiego wsparcia i przebaczenia, współczucie, czyli po prostu pełna pasji miłość do ludzi, są dowodem bycia bliska serca Jezusa, blisko Prawdy. Bezwarunkowe przebaczenia, bez potrzeby jakiejkolwiek zemsty, czy zadośćuczynienia za krzywdy, pochodzą z Jego serca. On taki jest!
Przeciwne postawy, które popychają nas do osądzania innych i niemiłosiernego poprawiania, spowodują tylko, że narazimy się na ten sam rodzaj sądu, jakim traktujemy innych. I są dowodem, że w oku jest coś niemałego…
Dziękuję Bogu za Jezusa Chrystusa, które radykalnie rozprawił się z groźbą surowego sądu nad człowiekiem, a otworzył szeroko drzwi miłosierdzia i przebaczenia dla każdego. Żyjmy w tym duchu każdego dnia!
]]>To się naprawdę zdarzyło!
Lata temu w kościelnych środowiskach krążyło wydrukowane na kartce A4 i wielokrotnie powielane ostrzeżenie przed znanym międzynarodowym koncernem produkującym artykuły higieniczne. Temu koncernowi zarzucano finansowe wspieranie kościoła szatana. Dowodem potwierdzającym prawdziwość takiego strasznego zarzutu było logo firmy zawierające w swojej symbolice odwołanie do liczby 666. Tak drastyczna informacja szybko rozchodziła się w środowisku. Przecież nie możemy, kupując produkty takiej firmy wspierać kościoła szatana! I nie chcemy, aby nasi bracia i siostry pozostali w nieświadomości co do tak strasznego procederu!
Niedługo później byłem na spotkaniu, w którym uczestniczył jeden z dyrektorów tego koncernu. Bez cienia wątpliwości, kochający Pana Jezusa, oddany Bogu ewangeliczny chrześcijanin. W mojej głowie pojawiło się pytanie: jak to jest możliwe, aby taki człowiek mógł zgodzić się finansowanie kościoła szatana (niemożliwe było, aby przy swojej pozycji nie wiedział o tym!). Nawet nie zadałem mu takiego pytania, bo było bardziej niż oczywiste, że nie mógłby się zgodzić. A więc może ten koncern wcale nie sponsorował kościoła szatana?
Później usłyszałem o polskim pastorze, który za rozpowszechnianie powyższego ostrzeżenia w swoim kościele, został przez koncern pozwany o zniesławienie i oczywiście proces przegrał. Niestety, został słusznie ukarany.
Po jakimś czasie wyszło na jaw, że ktoś, najprawdopodobniej nieuczciwa konkurencja tego koncernu, wymyślił całą historię. A naiwnych chrześcijan nie trzeba było nawet specjalnie namawiać, żeby rozpowszechnili to pomówienie. Zrobili za darmo czarny PR. Zapewne spowodowało to jakiś spadek sprzedaży i straty finansowe. Chrześcijanie działający w „dobrej wierze” skrzywdzili innych ludzi. Czy tak powinno być? Nawet jeśli to jest potężny, międzynarodowy koncern, który sobie w końcu z sytuacją poradził?
I czy na pewno ci wszyscy chrześcijanie działali „w dobrej wierze”? Czy rozpowszechnianie negatywnych informacji bez ich poparcia bezspornymi dowodami nie jest przypadkiem złamaniem jednego z dziesięciu przykazań?
Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. (II Mojż. 20,16)
Polecenia Prawa są jednoznaczne. I nie chodzi tu tylko ogólnie o prawdomówność. To jest konkretniejsza sytuacja. Wyrok wydaje się na podstawie zeznań świadka, czyli osoby, która widziała całą sytuację na własne oczy. I tylko taka osoba, jako naoczny świadek, może się wypowiadać o czyimś postępowaniu. Natomiast w poważniejszej sprawie potrzeba dwóch lub trzech świadków, jeden nie wystarczy. Powtarzanie czyjegoś stwierdzenia nie liczy się, ale tylko relacja w oparciu o osobistą obserwację.
Nie rozgłaszaj fałszywej wieści. (II Mojż. 23,1)
Nie mamy prawa nikogo, absolutnie nikogo krzywdzić rozpowszechniając niesprawdzone informacje!
]]>Takich historii, jak poniżej opisana pewnie wydarzyło się bardzo wiele.
Wyobraźmy sobie wspólnotę kościelną, która jest takiej wielkości, że chociaż jej członkowie rozpoznają się z widzenia, to jednak nie wszyscy znają wszystkich. Jeśli nawet znają imiona, to niewiele, albo prawie nic nie wiedzą o większości osób ze wspólnoty. Każdy oczywiście bliżej zna się, a może nawet jest zaprzyjaźniony, z jakąś niedużą grupką będącą częścią całej wspólnoty. Taka sytuacja pojawia się, gdy liczba osób we wspólnocie jest pomiędzy sto a dwieście.
I oto pojawia się ktoś nowy, kto rozpoczyna swoje życie z Bogiem. Ta nowa osoba jest zapewne jakoś dostrzeżona przez większość członków wspólnoty, ale na razie zna ją i jej zmagania kilka, kilkanaście osób. Niestety, ta nowa osoba ma problemy finansowe, z którymi nadal sobie nie radzi. W związku z tym pożycza pieniądze od znajomych i nie zwraca. Kiedy już możliwości pożyczania od tych, którzy ją w miarę znają, wyczerpują się, kieruje swoją prośbę o pożyczkę do kolejnych osób, które rozpoznają, że to jest ktoś „swój”, chrześcijanin, człowiek nawrócony, a więc godny zaufania. Udzielają więc pożyczki bratu/siostrze w potrzebie. I następuje bolesne rozczarowanie. Mimo wielokrotnie ponawianej obietnicy, że zwrot pieniędzy nastąpi przy okazji kolejnego spotkania, do zwrotu pożyczki nie dochodzi.
W końcu wierzyciele orientują się, że mają do czynienia z naciągaczem i że nie są jedynymi ofiarami tej osoby. Przychodzą więc do pastora wspólnoty, z prośbą o pomoc. Nadzieja na odzyskanie pożyczonych pieniędzy jest już niewielka, ale żeby chociaż ostrzec innych przed tą osobą!
I jak tu postąpić w takiej sytuacji? Jeśli pastor publicznie ostrzeże przed kimś takim, to i tak prawdopodobnie większość nie będzie wiedziała o kogo tak naprawdę chodzi. Natomiast ta osoba na pewno będzie wiedzieć, i zapewne opuści tą wspólnotę i poszuka miejsca w innej. A co, jeśli to jest ktoś, kto wcale nie chce z premedytacją żyć kosztem innych, ale sobie nie radzi w życiu i potrzebuje pomocy duszpasterskiej? Albo nawet właśnie ktoś tej osobie udziela takiej pomocy i jest już w procesie przemiany? Wtedy publiczne ostrzeżenie wszystko zepsuje… Będzie to bardzo poniżające, publiczne napiętnowanie przynoszące niewielki, lub żaden pożytek…
Chrześcijanie zdecydowanie zbyt często posługują się publicznym ostrzeganiem przed zagrożeniem ze strony jakichś osób!
A gdyby postąpić inaczej, według mnie dojrzalej? Kiedy ktoś, kogo znamy tylko z widzenia, zwraca się z prośbą o pomoc, możemy spróbować się najpierw więcej dowiedzieć. Na przykład zadać pytanie: jak pomagają Ci w Twojej potrzebie osoby, które są najbliżej Ciebie? Czy możemy z nimi porozmawiać? I jeśli Ci przyjaciele, w rozmowie potwierdzą, że pomoc jest uzasadniona, to może należy jej udzielić… Najczęściej jednak okaże się, że to nie wsparcie materialne, ale innego rodzaju pomoc jest potrzebna. Jeśliby wszyscy stosowali taki sposób postępowania, to publiczne ostrzeganie stanie się całkowicie zbędne!
Zapytanie o rekomendację od kogoś godnego zaufania, zorientowanego z pierwszej ręki jest znacznie lepszym i skuteczniejszym zabezpieczeniem przed naciągnięciem, niż publiczne ostrzeganie. Takie podejście powinno się stać standardem wśród chrześcijan, bo jest o wiele bliższe nauczaniu Pisma, niż rozgłaszanie negatywnych informacji o kimś.
A może takie podejście zastosować znacznie, znacznie szerzej niż do wyzwań podobnych do opisanego powyżej?
]]>Jeśli nawrócenie jest podobne do zasiewu ziarna, jego kiełkowania, wzrostu i w końcu dojrzałości do żniwa, to jak możemy rozpoznać, z którym etapem mamy do czynienia? A szczególnie, czy już nadszedł moment żniwa?
Wierzę, że nawrócenie oznacza powrót do właściwej relacji z Bogiem Ojcem opisanej słowami przykazania: Masz kochać Pana, swojego Boga, całym swoim sercem, z całej swojej duszy i każdą swoją myślą (Mat. 22,37). A to oznacza, że przemiana musi nastąpić w każdym obszarze życia.
Po pierwsze, musi to być metanoia, czyli zmiana sposobu myślenia na temat własnego życia, śmierci Jezusa na krzyżu i osobistego stosunku do Boga. Kluczowym momentem jest zrozumienie i uwierzenie, że zbawienie jest z łaski, nie można na nie zasłużyć.
Po drugie, jest to decyzja woli: dotąd – ktoś sam swoim panem, odtąd – jego życie poddane pod panowanie Jezusa Chrystusa. Jeśli ktoś zrozumiał, że potrzebuje zbawienia i że Bóg oczekuje od niego radykalnej zmiany kierunku życia, to zazwyczaj daje się to zauważyć. Gdy ktoś zadaje pytanie, czy będzie mógł nadal uczestniczyć w zakrapianych imprezach czy proponować policjantowi łapówkę, aby uniknąć mandatu, oznacza to, że zrozumiał – chodzi o poddanie się woli innej osoby – Jezusa Chrystusa.
Po trzecie jest to zawsze wydarzenie emocjonalne. Jeśli do kogoś dociera, że jest zgubionym grzesznikiem, który zasłużył na wieczne potępienie, to ogarną go uczucia takie jak strach, smutek, żal. Jeśli dotyka go zaskakująca Boża miłość, to będzie bardzo poruszony, radosny, wdzięczny… Takie emocje mogą być bardzo widoczne, albo stonowane. Mogą pojawić się natychmiast, albo po pewnym czasie, ale będą zawsze!
Spójrz na Dz. 2,37‑38 – nawróceni w Dzień Pięćdziesiątnicy doświadczyli głębokiej przemiany w sferze swoich emocji, myślenia i woli!
Gdy tylko wystarczająco interesujemy się człowiekiem, który jest dotknięty przez Ewangelię, nie będziemy mieli większej trudności, aby dostrzec autentyczne nawrócenie – przemianę w tych trzech sferach.
Jest jeszcze jedno kryterium nawrócenia, pewniejsze od powyższego, ale odłożone w czasie. To jest „owoc nawrócenia”, o którym mówią Ewangelie. Jeśli ktoś się prawdziwie nawrócił, to w jego życiu nieuchronnie nastąpią zmiany, których nie da się inaczej wytłumaczyć! Czasem takie owoce można zobaczyć od razu (celnik Zacheusz), zazwyczaj trzeba poczekać.
A czy modlitwa „przyjęcia Jezusa” jest dowodem nawrócenia?
Opublikowałem wyniki mojej prostej ankiety.
]]>