Śmierć kogoś znajomego jest zawsze konfrontacją z wiecznością, rodzi wiele trudnych pytań. A jeśli to była osoba bliska, to rozstanie się z nią jest przyczyną ogromnego bólu.
Szczególnie trudno pogodzić się z tym, że odchodzi ktoś, kto jest znany z dobrych dzieł i jest w trakcie pełnienia wspaniałej służby w tym świecie. Gdy dowiadujemy się o chorobie, modlimy się o uzdrowienie. Gdy uzdrowienie nie następuje, to ogarnia nas poczucie bezradności. Możemy się do tego stopnia zniechęcić, że przestaniemy wierzyć, że Bóg uzdrawia. Możemy też zareagować desperacją, żeby znaleźć skuteczniejszy sposób modlitwy przeciwko złośliwym chorobom takim, jak nowotwór. Jeśli desperacja ta jest z Bożego pobudzenia to dobrze! Oglądamy co raz więcej uzdrowień z poważnych chorób. Jeśli desperacja wynika tylko ze złości na chorobę i cierpienie, to może nic nie dać…
A może potrzebne jest zupełnie inne spojrzenie na śmierć? Co Pan Bóg mówi na temat śmierci? Gdy Adam i Ewa zgrzeszyli, Bóg powiedział: Ponieważ człowiek stał się taki, jak jeden z Nas – zna dobro i zło – to oby teraz nie wyciągnął ręki i nie zerwał owocu również z drzewa życia; oby nie zjadł i nie żył przez to na wieki!. Dlatego Pan, Bóg usunął człowieka z ogrodu Eden… (I Mojż. 3,22–23) A więc śmierć jest wybawieniem od niekończącego się życia w grzechu i jego konsekwencjach: przekleństwie, cierpieniu, chorobie!
Z kolei apostoł Paweł napisał: Bo dla mnie życie, to Chrystus, a śmierć – to zysk. Jeśli już żyć w ciele, to dla owocnej pracy. Co bym wolał? – Nie wiem. Pociąga mnie jedno i drugie. Chciałbym stąd odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze. Jednak pozostać w ciele – to dla was korzystniejsze. (Fil. 1,21–24) Taka wypowiedź na temat śmierci jest możliwa tylko wtedy, gdy ktoś w jakimś stopniu doświadczył „bycia z Chrystusem” i było to doświadczenie równie rzeczywiste, jak doświadczenie doczesnego materialnego życia. I wiemy, że miał on niezwykłe spotkania z Chrystusem (patrz np. II Kor. 12,2‑4).
Zatem Paweł „zajrzał” do świata, gdzie króluje Chrystus, „dotknął go” i to zmieniło jego spojrzenie. Może i my potrzebujemy takiego doświadczenia? Nie tylko szukać przełomów w tym życiu, ale także umocować się w przyszłym? Nie tylko być gotowym na odejście z powodu uciążliwości obecnego stanu (na przykład bolesna, przewlekła choroba), ale z powodu atrakcyjności przyszłego życia? Odnoszę się do tego we wpisie „Jak się zakotwiczyć w wieczności?”.
Gdyby było odwrotnie, niż jest obecnie, czyli chrześcijanie wyżej ceniliby sobie życie z Chrystusem w wieczności, niż to doczesne, to oczywiście dążylibyśmy do tego, aby jak najszybciej odejść z tego świata. Zamiast podejmować walkę z chorobą groźną dla życia, uznalibyśmy ją za dobrą okazję, aby odejść. Nasza modlitwa byłaby raczej: „Niech to się stanie jak najszybciej, bez zbędnego bólu”. Ale jest jeszcze coś: zadanie do wykonania w tym życiu. Jest Boży plan dla Ciebie, pewna trasa do przebiegnięcia, praca do wykonania. I chodzi tutaj o zadanie, które będzie mieć ogromne znaczenie w wieczności: kolejne osoby zbawione, kolejni uczniowie Chrystusa, wierzący doprowadzeni do dojrzałości. To był powód, dla którego Paweł uznał, że jeszcze tutaj zostaje i dopiero, gdy dokończył swoje zadanie napisał: Toczyłem piękny bój. Bieg ukończyłem. Wiarę – zachowałem. Teraz czeka na mnie wieniec sprawiedliwości… (II Tym. 4,7–8) W takim przypadku śmierć jest wezwaniem do odebrania nagrody po spełnieniu swojego zadania.
Pozostaje jeszcze ból rozłąki. Szczególnie dotkliwy, gdy odszedł ktoś bliski, np. współmałżonek. Im lepsza relacja z małżonkiem, tym większy ból. Rana potrzebuje swojego czasu, aby się zabliźnić. I to pod warunkiem, że nie będzie rozdrapywana. Sam czas nie goi ran. Pocieszenie i uzdrowienie przychodzi od Stwórcy, a jednocześnie kochającego Ojca. On może każdemu pomóc.
Niech sam Bóg da nam zrównoważone, pełne spojrzenie na życie i śmierć, a także przyniesie pocieszenie i uzdrowienie każdemu, kto cierpi ból rozłąki! On jest DOBRY!
]]>Jeśli czytasz ten mój tekst, to z dużym prawdopodobieństwem jesteś osobą narodzoną na nowo czyli jesteś „obywatelem Nieba”: Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa… (Fil. 3,20). Z jeszcze większym prawdopodobieństwem jesteś obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej.
Które z tych obywatelstw jest ważniejsze? Czy jedno wyklucza drugie? Czy można mieć podwójne obywatelstwo?
Tak, możemy mieć podwójne obywatelstwo i mamy szanować obydwa ustanowione przez Boga porządki, czyli na przykład płacić podatki: Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest Boże. (Łuk. 20,25). Generalnie mamy być poddani rozstrzygnięciom ziemskiej władzy: Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. (Rzym. 13,1). W księdze Jeremiasza 29,7 czytamy: A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie… Jeżeli należy się starać o pomyślność miasta wygnania, to tym bardziej o pomyślność kraju urodzenia i zamieszkania!
Jednocześnie jest oczywiste, że obywatelstwo ziemskie obowiązuje tylko w tym życiu, zaś niebieskie jest trwa całą wieczność. Ewidentnie niebieskie góruje! Zatem w przypadku konfliktu pomiędzy tymi ojczyznami powinniśmy dochować wierności Ojczyźnie Niebieskiej. Powszechnie negatywnie ocenia się niemieckich chrześcijan, którzy wsparli Hitlera (choć nie wiemy, jak my byśmy się zachowali na ich miejscu…). A nieliczni, którzy odważyli się w imię swojego sumienia nazizmowi sprzeciwić, jak Dietrich Bonhoeffer, uważani są za bohaterów. Zatem są granice posłuszeństwa doczesnej władzy, granice wierności ziemskiej ojczyźnie.
Duma narodowa, która wynosi się ponad inne narody jest sprzeczna z jedną z największych wartości Królestwa: każdy człowiek jest tak samo cenny, bo za każdego tak samo Zbawiciel cierpiał na krzyżu i oddał za niego swoje życie. I to powinno stanowić oczywistą, nieprzekraczalną granicę patriotyzmu u każdego chrześcijanina.
Jako obywatele Królestwa Niebieskiego mamy sprowadzać do naszego kraju jego wartości: przebaczenie, pojednanie, miłość, równość i sprawiedliwość dla wszystkich, wspieranie słabszych… Od wieków chrześcijanie to robią. Nasza zachodnia cywilizacja doświadczająca dobrobytu, broniąca praw człowieka, zabiegająca o sprawiedliwość, tworząca systemy opieki socjalnej, jest taka dzięki naszym braciom i siostrom, którzy wprowadzali na ziemię wartości wcześniej nieznane. A jeszcze wiele zostało do wprowadzenia! Może to nasze zadanie? Może właśnie to jest ten moment, aby Kościół znany od początku z niezwykłej zdolności do praktykowania przebaczenia i głoszenia pojednania, przekazał skutecznie te wartości naszemu narodowi? W imię zdrowej, biblijnej miłości do ojczyzny.
Mamy to robić naszą postawą, postępowaniem, słowami. Jesteśmy też wezwani, aby się o naszą ziemską ojczyznę modlić: Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości. Jest to rzecz dobra i miła przed Bogiem, Zbawicielem naszym, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy. (I Tym. 2,1‑4). Słowa „przede wszystkim” oznaczają, że to ma być jedna z pierwszych naszych modlitw!
Zmierzaj do Ojczyzny Niebieskiej, we wszystkim staraj się podobać Jej Królowie, a po drodze zadbaj, aby skutecznie pobłogosławić tą ziemską.
]]>W podobieństwie o talentach występują trzej słudzy. Pierwsi dwaj wykazują się przedsiębiorczością i pracowitością – w rezultacie podwajają powierzony im majątek. Każdy z nich otrzymuje wspaniałą nagrodę: pochwałę, awans i udział w wiecznej radości. Ale ten trzeci, który majątek bezpiecznie przechowuje i zwraca w całości swojemu Panu, nie tylko, że nie otrzymuje żadnej nagrody, ale zostaje surowo zganiony przez Pana i ukarany. A talent, który przechowywał trafia do tego, który miał najwięcej. Wygląda na to, że Panu bardzo zależy na Jego majątku, czyli na ludziach, których powierzył swoim sługom. Gniewa się, gdy są zaniedbywani i przekazuje ich tym, którzy najskuteczniej mogą się o nich zatroszczyć.
Pytanie, które chcę postawić brzmi, dlaczego ten trzeci sługa tak strasznie zmarnował darowaną mu możliwość? Przecież jego zadanie było najmniejsze ze wszystkich trzech, a jednak i tego nie zrobił. Co zrobić, aby nie znaleźć się w miejscu złego sługi w dniu rozliczenia? Spróbujmy na to sobie odpowiedzieć.
Ten sługa ma ciekawą wymówkę: Panie! Wiedziałem o tobie, żeś człowiek twardy, że żniesz, gdzieś nie siał, i zbierasz, gdzieś nie rozsypywał. Bojąc się tedy, odszedłem i ukryłem talent twój w ziemi; oto masz, co twoje. (Mat. 25,24-25) Nie przypominam sobie żadnego miejsca w Piśmie, które potwierdzałoby pogląd złego sługi na temat jego Pana. On miał fałszywe wyobrażenie Boga. Trzymał się go przez całe życie i nic nie zrobił, aby je zweryfikować. Zatem pierwsza wskazówka: starajmy się usilnie i nieustannie wzrastać poznaniu Pana, aby w ten sposób rozprawić się z każdym fałszywym wyobrażeniem na Jego temat. Po drugie, ten sługa nic nie zrobił z powierzonym majątkiem, bo się bał – był sparaliżowany lękiem! Działanie, przedsiębiorczość zawsze oznacza ryzyko. Może się czasem nie udać. Można popełnić błąd. Ale jak nic nie robimy, to na pewno niczego nie osiągniemy, a to jest pewna porażka. Jeśli znamy naszego Pana i Jego miłość, to wiemy, że On nie gniewa się na tych, którzy w dobrej wierze popełniają błędy. W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości. (I Jana 4,18) Nie pozwól, aby lęk przed Bożym gniewem paraliżował Cię z służbie! Wystarczy, jeśli będzie paraliżował grzeszne postępki.
To tylko spekulacja, ale wyobrażam sobie, że to może być człowiek, który użala się nad sobą i swoim losem: „jestem najmniej zdolny ze wszystkich, właściwie czuję się odrzucony, skrzywdzony itp.” Użalanie się nad sobą nigdy nikomu w niczym nie pomogło.
Wreszcie Pan mówi do tego sługi: Sługo zły i leniwy! Wiedziałeś, że żnę, gdzie nie siałem, i zbieram, gdzie nie rozsypywałem. Powinieneś był więc dać pieniądze moje bankierom, a ja po powrocie odebrałbym, co moje, z zyskiem. (Mat. 25,26-27) Czyli nawet jeśli się bałeś, aby samemu cokolwiek zrobić, mogłeś oddać powierzonych ci ludzi innym sługom. Ale nawet tego, ten zły sługa nie zrobił, bo… mu się nie chciało – był leniwy!
Zatem mądrą rzeczą jest wziąć przykład z pierwszego sługi, o którym czytamy, że wziął pięć talentów, zaraz poszedł, obracał nimi (Mat. 25,16). Jeśli miałbyś wybierać pomiędzy pracoholizmem, a lenistwem, wybierz to pierwsze! Najgorsze, co może Ci wtedy grozić, to wypalenie się w służbie, konieczność korekty stylu życia po drodze. Ale to jest lepsze niż nagana i potępienie za lenistwo.
]]>Lubię rzeczy zaplanowane i dobrze zorganizowane. Przeważnie lepiej się udają. A jak jest z ewangelizacją? Jaka się bardziej udaje, jaka przynosi większe owoce?
Cóż, mamy niewielką możliwość zaplanowania czyjegokolwiek nawrócenia. Rzadko też trafnie oceniamy, kto jest gotowy przyjąć ewangelię, a kto nie. W rezultacie, zaplanowane, zorganizowane ewangelizacje są zwykle bardziej zasiewem, niż zbiorem. Oczekiwanie, że przez nie nastąpi natychmiastowy wzrost Kościoła, prowadzi często do rozczarowania. Ale mają one inne, ogromne znaczenie – stwarzają okazję do dawania świadectwa o Jezusie, a to jest życiodajne dla ludzi już nawróconych! Rozbudza w nich pragnienie ewangelizacji (albo je przywraca).
Zaplanowana ewangelizacja do zasiew na przyszłość i okazja do rozbudzenia ludzi już nawróconych do dzielenia się Ewangelią.
Natomiast „przypadkowa” ewangelizacja, czyli wykorzystywanie nadarzających się okazji, prowadzi do niespodziewanych nawróceń. I wydaje się, że jest z niej więcej owocu.
Przyjrzyjmy się biblijnej historii o miłosiernym Samarytaninie (Łuk. 10,27-37). Mamy w niej ciężko pobitego i obrabowanego przez zbójców podróżnego, kapłana, Lewitę oraz Samarytanina.
Dlaczego kapłan minął potrzebującego? Przecież wracał z Jerozolimy w kierunku Jerycha… Czyli był po służbie. Nie musiał się więc obawiać, że się zanieczyści przy zmarłym. Ale może sądził, że już oddał Bogu tyle, co należy i niczego więcej nie oczekuje się od niego? Dlaczego podobnie postąpił Lewita? Ponieważ szedł na służbę i nie mógł się spóźnić? Z pewnością miał poważne zadania w Bożym Królestwie… Obydwaj zauważyli pobitego i ominęli go przechodząc na drugą stronę drogi. Obydwaj dobrze znali Prawo.
Zupełnie inaczej zachował się Samarytanin, człowiek o znacznie niższych duchowych kwalifikacjach od kapłana czy Lewity. Jeśli w ogóle czcił Boga, to zapewne robił to nie całkiem prawidłowo. Jego wiara nie opierała się na samym Słowie Bożym. A jednak to właśnie on został postawiony przez Pana Jezusa jako wzór do naśladowania.
Nikt, oprócz zbójców, nie planował tego, co się wydarzyło. Ani pobity podróżny, ani kapłan, ani Lewita, ani Samarytanin. I tylko Samarytanina było stać na zmianę planów, dodatkową stratę czasu i pieniędzy.
Jeśli dobrym wyrazem miłości do bliźniego jest podzielenie się z nim Ewangelią, a pobity podróżny symbolizuje ludzi pognębionych przez diabła, to naśladowanie Samarytanina oznacza gotowość do zmiany planów, jeśli nadarzy się okazja do okazania takiej miłości.
Zauważyłem, że okazje do okazania dobroci, zainteresowania, życzliwości, czy wręcz podzielenia się Ewangelią pojawiają się w najbardziej niedogodnych momentach życia. Wtedy, gdy jestem czymś innym zajęty, w drodze dokądś i czasem naprawdę się śpieszę. Co wtedy zrobię? Będę trzymał się swojego planu jak kapłan i Lewita, uspokajając swoje sumienie, że przecież służę Bogu… Czy też pozwolę, podobnie jak Samarytanin, aby jakiś jeszcze nienawrócony, potrzebujący człowiek zepsuł mi moje plany?
Skuteczna ewangelizacja, to życie w gotowości do tego, aby okazywać miłość i wytłumaczyć się ze swojej nadziei.
Polecam niewielką książkę Paula Scanlona „Rewolucja 15”. Przeczytaj jej fragment.
]]>