Opakowanie (pudełko, torebka, butelka, puszka, słoik itd) to coś w czym znajduje się towar, który kupujemy w sklepie. Służy do tego, aby określona ilość towaru została wydzielona, zmagazynowana, kupiona i skonsumowana. Chodzi nam o zawartość, ale najpierw widzimy opakowanie i to ma swoje znaczenie: kształt i kolor może nam pomóc z daleka zauważyć to, czego szukamy. Opis dostarcza nam potrzebnych informacji. Opakowania są tak projektowane, aby swoim wyglądem przyciągać i zachęcać do zakupu. Na przykład, jeśli to będzie wyglądać jak szary papier z prostym nadrukiem, to nabywca może sądzić, że ma do czynienia ze zdrową żywnością wolną od chemicznych dodatków i podjąć decyzję o zakupie na tej podstawie. Zwłaszcza jeśli jeszcze pojawi się magiczne słowo „bio”…
Jakie znaczenie ma opakowanie, jeśli zazwyczaj je wyrzucamy, gdy skonsumujemy zawartość, której poszukiwaliśmy? Opakowanie jest ważne, bo ono kieruje nas do poszukiwanego dobra! Jeśli zapakujemy dobry towar byle jak, to może się okazać, że mamy w ofercie coś wspaniałego, ale niewiele osób to w ogóle zauważy. Jeśli zaś damy wspaniałe opakowanie, ale w środku będzie coś byle jakiego, to wiele osób to kupi, ale tylko raz. I po tym doświadczeniu nasze opakowanie będzie do nich przemawiać: „omijaj mnie!”.
Te proste zasady mają związek zarówno z naszym indywidualnym życiem jako chrześcijan, jak i funkcjonowaniem wspólnot kościelnych, które tworzymy. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być handlarzami duchowych dóbr (patrz II Kor. 2,17), ale mamy za zadanie dotrzeć do ludzi i tu obowiązuję te same zasady komunikacji, co w handlu. Najpierw zwracamy uwagę na opakowanie:
Wy jesteście światłością świata, nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. (Mat. 5,14–15)
Można jeszcze zwrócić uwagę, że jest jeszcze czynnik nadprzyrodzony – Boża obecność, pokój, który ludzie odczuwają. Ludzie mogą być też w jakiś sposób przyciągani przez Ducha Świętego. Słusznie, ale to już jest Boża odpowiedzialność, nie nasza i to nas nie zwalnia z bycia zrozumiałymi i komunikatywnymi.
Sam Pan Jezus nie pasował do oczekiwań co do Mesjasza. Boży Syn pojawił się w nieodpowiednim opakowaniu. Podobnie było z Pawłem apostołem, wielkim Bożym sługą: „jego wygląd zewnętrzny lichy” (II Kor. 10,10), „stan mój cielesny wystawił was na próbę” (Gal. 4,14). Jednak ponownie musimy uznać, że to była Boża decyzja, aby wspaniały „towar” ukryć w nieatrakcyjnym opakowaniu. Bo nie chodzi o handel motywowany zyskiem, ale o nawiązanie prawdziwej głębokiej relacji z Bogiem, która jest poprzedzona szczerym szukaniem.
Naszą odpowiedzialnością jest zadbać zarówno o jakość zawartości (życia z Bogiem), jak i opakowanie, które będzie dobrze przekazywać informację o tym, czym możemy się podzielić z ludźmi. To dotyczy zarówno osobistego życia, jak i działania całych wspólnot chrześcijańskich.
A jak Ty dbasz o odpowiednie „opakowanie”, aby jak najwięcej osób dostrzegło życie, które Bóg Ci dał i zapragnęło go?
]]>Jeśli czytasz ten mój tekst, to z dużym prawdopodobieństwem jesteś osobą narodzoną na nowo czyli jesteś „obywatelem Nieba”: Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa… (Fil. 3,20). Z jeszcze większym prawdopodobieństwem jesteś obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej.
Które z tych obywatelstw jest ważniejsze? Czy jedno wyklucza drugie? Czy można mieć podwójne obywatelstwo?
Tak, możemy mieć podwójne obywatelstwo i mamy szanować obydwa ustanowione przez Boga porządki, czyli na przykład płacić podatki: Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest Boże. (Łuk. 20,25). Generalnie mamy być poddani rozstrzygnięciom ziemskiej władzy: Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. (Rzym. 13,1). W księdze Jeremiasza 29,7 czytamy: A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie… Jeżeli należy się starać o pomyślność miasta wygnania, to tym bardziej o pomyślność kraju urodzenia i zamieszkania!
Jednocześnie jest oczywiste, że obywatelstwo ziemskie obowiązuje tylko w tym życiu, zaś niebieskie jest trwa całą wieczność. Ewidentnie niebieskie góruje! Zatem w przypadku konfliktu pomiędzy tymi ojczyznami powinniśmy dochować wierności Ojczyźnie Niebieskiej. Powszechnie negatywnie ocenia się niemieckich chrześcijan, którzy wsparli Hitlera (choć nie wiemy, jak my byśmy się zachowali na ich miejscu…). A nieliczni, którzy odważyli się w imię swojego sumienia nazizmowi sprzeciwić, jak Dietrich Bonhoeffer, uważani są za bohaterów. Zatem są granice posłuszeństwa doczesnej władzy, granice wierności ziemskiej ojczyźnie.
Duma narodowa, która wynosi się ponad inne narody jest sprzeczna z jedną z największych wartości Królestwa: każdy człowiek jest tak samo cenny, bo za każdego tak samo Zbawiciel cierpiał na krzyżu i oddał za niego swoje życie. I to powinno stanowić oczywistą, nieprzekraczalną granicę patriotyzmu u każdego chrześcijanina.
Jako obywatele Królestwa Niebieskiego mamy sprowadzać do naszego kraju jego wartości: przebaczenie, pojednanie, miłość, równość i sprawiedliwość dla wszystkich, wspieranie słabszych… Od wieków chrześcijanie to robią. Nasza zachodnia cywilizacja doświadczająca dobrobytu, broniąca praw człowieka, zabiegająca o sprawiedliwość, tworząca systemy opieki socjalnej, jest taka dzięki naszym braciom i siostrom, którzy wprowadzali na ziemię wartości wcześniej nieznane. A jeszcze wiele zostało do wprowadzenia! Może to nasze zadanie? Może właśnie to jest ten moment, aby Kościół znany od początku z niezwykłej zdolności do praktykowania przebaczenia i głoszenia pojednania, przekazał skutecznie te wartości naszemu narodowi? W imię zdrowej, biblijnej miłości do ojczyzny.
Mamy to robić naszą postawą, postępowaniem, słowami. Jesteśmy też wezwani, aby się o naszą ziemską ojczyznę modlić: Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości. Jest to rzecz dobra i miła przed Bogiem, Zbawicielem naszym, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy. (I Tym. 2,1‑4). Słowa „przede wszystkim” oznaczają, że to ma być jedna z pierwszych naszych modlitw!
Zmierzaj do Ojczyzny Niebieskiej, we wszystkim staraj się podobać Jej Królowie, a po drodze zadbaj, aby skutecznie pobłogosławić tą ziemską.
]]>Zadziwia mnie, jak z upływem czasu słowa zupełnie zmieniają swoje znaczenie. Szczególnie chodzi mi o te, które weszły do naszego języka za pomocą Biblii. A jest takich słów i zwrotów całe mnóstwo. Jeśli doszło do takiej zmiany, to niewątpliwie utrudnia ona właściwie rozumienie tekstu Pisma. Sztandarowym przykładem jest słowo „talent”, które w czasach powstawania ksiąg Biblii było po prostu jednostką wagi srebra lub złota. Oznaczało zatem ogromny majątek, co nie miało zupełnie nic wspólnego ze współczesnym znaczeniem słowa „talent”.
Innym przykładem jest słowo „członek” w znaczeniu przynależności. Mówimy o członku jakiejś organizacji, np. partii politycznej, albo stowarzyszenia. W takim przypadku określone są zasady nabywania i utraty członkostwa, prawa i obowiązki. No i oczywiście składki.
Czy zdajemy sobie sprawę, że takie rozumienie słowa „członek”, które oryginalnie oznaczało po prostu część ciała, wzięło się z Pisma, a konkretnie z 12 rozdziału I Listu do Koryntian? To właśnie w tym fragmencie Nowego Testamentu apostoł Paweł dokonuje swego rodzaju wynalazku, czyli tworzy tzw. neologizm – wprowadza do naszego języka nowe pojęcie: „członek kościoła”. Potem rozszerzono je do wszelkiego rodzaju organizacji, jednocześnie bardzo spłycając znaczenie w jakim użył je Paweł…
To oryginalne użycie słowa „członek” mówi nam o organicznym połączeniu, zrośnięciu ze sobą nawzajem, o jedności działania, o tym, że siebie nawzajem potrzebujemy i dlatego mamy traktować się z miłością i szacunkiem. Jeśli tak pojmujemy członkostwo w kościele (w znaczeniu lokalnej wspólnoty przede wszystkim), to ma to swojej konsekwencje. Bo do ciała nie można się zapisać, trzeba w nie wrosnąć. W praktyce sprowadza się to do zbudowania takiej relacji z kilkoma osobami, że byłoby bardzo, bardzo trudne, aby ją zerwać. A to oznacza, że będzie trudno się „z kościoła wypisać”. I to jest bardzo ważne, bo ta silna relacja jest potrzebna, żebyśmy wytrzymali proces wzajemnego kształtowania swoich charakterów i potrafili wzrastać w miłości. To oznacza także, że gdy zachodzi potrzeba pozbycia się kogoś, bo swoim postępowaniem zagraża reszcie wspólnoty, to jest proces bolesny, podobny do obcięcia sobie nogi lub ręki.
Takiego wrośnięcia nie można osiągnąć jednym podpisem pod jakąś deklaracją członkowską. To zabiera wiele miesięcy. I nie zawsze się udaje.
Czy to znaczy, że formalna deklaracja członkowska, zawieranie przymierza są całkiem bez sensu, niepotrzebne? Niekoniecznie. Na pewno istotne jest, aby zasady współżycia w ramach wspólnoty, „prawa i obowiązki” były jasno określone. Jeśli nie zostaną świadomie zdefiniowane, to i tak pojawią się w formie niepisanych praw, z których część jest ukryta przed nowymi osobami. Lepiej, jeśli rzeczy są jasno określone. Możesz zobaczyć przykładowy zestaw zasad napisany dla małej grupy.
A jak jest z Tobą? Jeśli jesteś naśladowcą Chrystusa, to czy należysz do jakiejś wspólnoty? A jeśli należysz, czy jesteś jej członkiem w znaczeniu biblijnym? Czy mógłbyś wymienić kilka osób z tej wspólnoty, z którymi byłoby Ci naprawdę trudno się rozstać? Czy zasady, którymi się rządzi ta wspólnota są jawne i jasno określone?
Zapewne sam fakt, czy ktoś podpisze deklarację członkowską, czy też zgodzi się w innych sposób stać częścią wspólnoty jest sprawą drugorzędną. Ważne, żeby zasady były określone, a przynależność polegała na wrośnięciu we wspólnotę. Wtedy naprawdę stanowimy ciało Chrystusa.
]]>Takich historii, jak poniżej opisana pewnie wydarzyło się bardzo wiele.
Wyobraźmy sobie wspólnotę kościelną, która jest takiej wielkości, że chociaż jej członkowie rozpoznają się z widzenia, to jednak nie wszyscy znają wszystkich. Jeśli nawet znają imiona, to niewiele, albo prawie nic nie wiedzą o większości osób ze wspólnoty. Każdy oczywiście bliżej zna się, a może nawet jest zaprzyjaźniony, z jakąś niedużą grupką będącą częścią całej wspólnoty. Taka sytuacja pojawia się, gdy liczba osób we wspólnocie jest pomiędzy sto a dwieście.
I oto pojawia się ktoś nowy, kto rozpoczyna swoje życie z Bogiem. Ta nowa osoba jest zapewne jakoś dostrzeżona przez większość członków wspólnoty, ale na razie zna ją i jej zmagania kilka, kilkanaście osób. Niestety, ta nowa osoba ma problemy finansowe, z którymi nadal sobie nie radzi. W związku z tym pożycza pieniądze od znajomych i nie zwraca. Kiedy już możliwości pożyczania od tych, którzy ją w miarę znają, wyczerpują się, kieruje swoją prośbę o pożyczkę do kolejnych osób, które rozpoznają, że to jest ktoś „swój”, chrześcijanin, człowiek nawrócony, a więc godny zaufania. Udzielają więc pożyczki bratu/siostrze w potrzebie. I następuje bolesne rozczarowanie. Mimo wielokrotnie ponawianej obietnicy, że zwrot pieniędzy nastąpi przy okazji kolejnego spotkania, do zwrotu pożyczki nie dochodzi.
W końcu wierzyciele orientują się, że mają do czynienia z naciągaczem i że nie są jedynymi ofiarami tej osoby. Przychodzą więc do pastora wspólnoty, z prośbą o pomoc. Nadzieja na odzyskanie pożyczonych pieniędzy jest już niewielka, ale żeby chociaż ostrzec innych przed tą osobą!
I jak tu postąpić w takiej sytuacji? Jeśli pastor publicznie ostrzeże przed kimś takim, to i tak prawdopodobnie większość nie będzie wiedziała o kogo tak naprawdę chodzi. Natomiast ta osoba na pewno będzie wiedzieć, i zapewne opuści tą wspólnotę i poszuka miejsca w innej. A co, jeśli to jest ktoś, kto wcale nie chce z premedytacją żyć kosztem innych, ale sobie nie radzi w życiu i potrzebuje pomocy duszpasterskiej? Albo nawet właśnie ktoś tej osobie udziela takiej pomocy i jest już w procesie przemiany? Wtedy publiczne ostrzeżenie wszystko zepsuje… Będzie to bardzo poniżające, publiczne napiętnowanie przynoszące niewielki, lub żaden pożytek…
Chrześcijanie zdecydowanie zbyt często posługują się publicznym ostrzeganiem przed zagrożeniem ze strony jakichś osób!
A gdyby postąpić inaczej, według mnie dojrzalej? Kiedy ktoś, kogo znamy tylko z widzenia, zwraca się z prośbą o pomoc, możemy spróbować się najpierw więcej dowiedzieć. Na przykład zadać pytanie: jak pomagają Ci w Twojej potrzebie osoby, które są najbliżej Ciebie? Czy możemy z nimi porozmawiać? I jeśli Ci przyjaciele, w rozmowie potwierdzą, że pomoc jest uzasadniona, to może należy jej udzielić… Najczęściej jednak okaże się, że to nie wsparcie materialne, ale innego rodzaju pomoc jest potrzebna. Jeśliby wszyscy stosowali taki sposób postępowania, to publiczne ostrzeganie stanie się całkowicie zbędne!
Zapytanie o rekomendację od kogoś godnego zaufania, zorientowanego z pierwszej ręki jest znacznie lepszym i skuteczniejszym zabezpieczeniem przed naciągnięciem, niż publiczne ostrzeganie. Takie podejście powinno się stać standardem wśród chrześcijan, bo jest o wiele bliższe nauczaniu Pisma, niż rozgłaszanie negatywnych informacji o kimś.
A może takie podejście zastosować znacznie, znacznie szerzej niż do wyzwań podobnych do opisanego powyżej?
]]>Jakiś czas temu usłyszałem kogoś stwierdzającego, że „dzisiaj ludzie nie chcą słuchać Ewangelii”. Czy tak rzeczywiście jest i czy kiedyś było inaczej?
Otaczający nas ludzie nie martwią się szczególnie dokąd pójdą po śmierci, czy są zbawieni, czy są pojednani z Bogiem, czy nie… Bardzo niewiele jest osób, które nie śpią po nocach z takich powodów. Ludzie nie są świadomi swojego tragicznego stanu duchowego, bo diabeł skutecznie ich zaślepił (patrz II Kor. 4,3-4). I dlatego generalnie nie chcą słuchać Ewangelii, bo nie jest ona odpowiedzią na odczuwane przez nich potrzeby. Pytanie brzmi: Jakie są więc te odczuwane potrzeby?
Kiedy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych robiliśmy ewangelizacje uliczne, to zdecydowana większość przechodniów była albo zainteresowana, albo wrogo nastawiona do nas. Ale któregoś dnia trafiła mi się rozmowa z dwoma młodymi Niemcami i przeżyłem szok. Akceptowali nas bez żadnych emocji, ani pozytywnych, ani negatywnych. Byli doskonale obojętni. Minęło od tego czasu niewiele lat i Polacy stali się bardzo podobni do tych Niemców. Nadzieja na materialny dobrobyt, który zaspokoi wszelkie potrzeby, spowodowała zobojętnienie na głoszoną Ewangelię. Zaniechaliśmy wychodzenia na ulicę, bo ludzie traktowali nas jak akwizytorów, a rozdawane przez nas traktaty jak ulotki reklamowe.
Wyjątkiem była współpraca z pewnym kościołem z Holandii. Przez dwa tygodnie wychodziliśmy z nimi na ulicę. Oni robili króciutką dramę, a potem liderka objaśniała, że przyjechali, aby modlić się o potrzeby napotkanych ludzi, takie jak depresja, choroba, brak pracy, zbawienie… Podchodziliśmy więc do tych, którzy na chwilę zatrzymali się, i pytaliśmy się, o co możemy się modlić. Bardzo rzadko ktoś odrzucał naszą propozycję. Oglądaliśmy ogromną ilość cudów na ulicy.
Jeśli więc chcemy, aby ludzie nas słuchali, musimy zacząć od potrzeb, które oni odczuwają. To są takie rzeczy, jak odzyskanie zdrowia, znalezienie pracy, doświadczenie zaspokojenia w małżeństwie, sukces w wychowaniu dzieci, a czasem sprawa poczucia wartości, pokonanie depresji… Aby do kogoś dotrzeć, potrzebujemy się dowiedzieć, czego potrzebuje, co go obchodzi. Trzeba tą osobę chociaż trochę poznać, zainteresować się nią. A potem wyjść naprzeciw odczuwanej potrzebie. Pomóc według swoich możliwości, albo prosić Boga w modlitwie o Jego interwencję. Takie postępowanie, to miłość, która otwiera serca ludzi. Tak samo robił Pan Jezus, który najpierw uzdrawiał chorych i uwalniał dręczonych przez diabła, o potem głosił Ewangelię. Rzadko się zdarza, żeby ktoś nie chciał przyjąć pomocy od osoby, która okazuje szczere zainteresowanie – prawdziwą miłość. Ludzie na ogół doceniają modlitwę za nich, nawet jeśli nie ma widocznej odpowiedzi.
Czy ludzie chcą dzisiaj słuchać ewangelii? Moim zdaniem zdecydowana większość nie chce, podobnie jak nie chciała kiedyś i to się zbyt mocno nie zmienia. Jak możemy do nich dotrzeć mimo to? Okazanie miłości poprzez szczere zainteresowanie się nimi i ich odczuwanymi potrzebami, otworzy ich serca. To jest sposób, jaki pokazał sam Pan Jezus. Dotknięci miłością ludzie są już gotowi, aby posłuchać, a głoszone Słowo będzie przekonywać, prowadząc ich do zbawienia.
Drogą do otworzenia serca człowieka na Ewangelię jest okazanie mu bezinteresownej miłości!
]]>Masz możliwość czytać ten tekst, ponieważ lata temu ktoś z troską zajął się Tobą – noworodkiem zupełnie zależnym od czyjejś opieki. Najpewniej była to kochająca mama.
Podobnie rzeczy się mają, gdy chodzi o duchowe życie. Na samym początku jest ono delikatne i mocno zależne od opieki innych. Potrzebujemy wtedy duchowych rodziców. Oto fragment Pisma, który mnie zadziwia: I choć, jako apostołowie Chrystusa, mogliśmy oczekiwać respektu, byliśmy wśród was bezpośredni, jak karmiąca matka, zatroskana o swe dzieci. I przywiązaliśmy się do was tak bardzo, że gotowi byliśmy nie tylko przekazać wam Bożą dobrą nowinę, ale także poświęcić własne dusze – do tego stopnia was pokochaliśmy. (I Tes. 2,7-8 Nowe Przymierze). Te słowa opisują trzech mężczyzn zaangażowanych w głoszenie Ewangelii, a przecież to jest niezwykle trafny, zwięzły opis macierzyńskiej miłości! Skąd im się to wzięło? Domyślam się, że ta miłość pochodzi od Boga Ojca, który jest źródłem miłości – kocha bardziej niż najlepsza matka czy najlepszy ojciec. Duch Boży wzbudził w sercach tych mężczyzn nadzwyczajne zaangażowanie w życie nowonawróconych.
Od tamtych czasów nie zmieniły się ani fizyczne, ani emocjonalne ani duchowe potrzeby ludzi. Duchowy noworodek potrzebuje być otoczony miłością o macierzyńskim charakterze – ktoś powinien się nim interesować właściwie bez przerwy i z zaangażowaniem. Tego nie da się zastąpić żadnym, nawet najlepiej zorganizowanym systemem kościelnym. Tej potrzeby nie zaspokoi dostęp do wszelkich informacji, jakie można znaleźć w Internecie. Nawet dobrze przygotowane, w pełni biblijne nauczanie, nie wystarczy. To są dobre rzeczy, z których można i należy korzystać, ale małe dziecko potrzebuje opieki, indywidualnej reakcji na swoje potrzeby. Potrzebuje duchowego rodzica.
Uważam to za wielki przywilej i jednocześnie ogromną odpowiedzialność, że doskonały Ojciec w niebie, nie tylko powierzył nam przekazywanie Ewangelii – Słowa życia, ale również powierzył nam opiekę nad swoimi nowonarodzonymi dziećmi.
A teraz dobra (a może nawet bardzo dobra) obserwacja! Jeśli nawet do czasu urodzenia się dziecka, jest ono dość obojętne swoim rodzicom, to gdy przyjdzie na świat, coś nowego pojawia się. To jest miłość rodzicielska. Podobnie jest z duchowymi dziećmi – wystarczy odrobina zainteresowania, wystarczy się trochę nad życiem kogoś takiego pochylić, poświęcić nieco czasu (wbrew własnej wygodzie), a Duch Boży spowoduje podobny cud, jak w przypadku apostoła Pawła i jego towarzyszy – napełni swoją nadzwyczajną macierzyńską miłością! Sprawdź osobiście!
]]>Jeśli nawrócenie jest podobne do zasiewu ziarna, jego kiełkowania, wzrostu i w końcu dojrzałości do żniwa, to jak możemy rozpoznać, z którym etapem mamy do czynienia? A szczególnie, czy już nadszedł moment żniwa?
Wierzę, że nawrócenie oznacza powrót do właściwej relacji z Bogiem Ojcem opisanej słowami przykazania: Masz kochać Pana, swojego Boga, całym swoim sercem, z całej swojej duszy i każdą swoją myślą (Mat. 22,37). A to oznacza, że przemiana musi nastąpić w każdym obszarze życia.
Po pierwsze, musi to być metanoia, czyli zmiana sposobu myślenia na temat własnego życia, śmierci Jezusa na krzyżu i osobistego stosunku do Boga. Kluczowym momentem jest zrozumienie i uwierzenie, że zbawienie jest z łaski, nie można na nie zasłużyć.
Po drugie, jest to decyzja woli: dotąd – ktoś sam swoim panem, odtąd – jego życie poddane pod panowanie Jezusa Chrystusa. Jeśli ktoś zrozumiał, że potrzebuje zbawienia i że Bóg oczekuje od niego radykalnej zmiany kierunku życia, to zazwyczaj daje się to zauważyć. Gdy ktoś zadaje pytanie, czy będzie mógł nadal uczestniczyć w zakrapianych imprezach czy proponować policjantowi łapówkę, aby uniknąć mandatu, oznacza to, że zrozumiał – chodzi o poddanie się woli innej osoby – Jezusa Chrystusa.
Po trzecie jest to zawsze wydarzenie emocjonalne. Jeśli do kogoś dociera, że jest zgubionym grzesznikiem, który zasłużył na wieczne potępienie, to ogarną go uczucia takie jak strach, smutek, żal. Jeśli dotyka go zaskakująca Boża miłość, to będzie bardzo poruszony, radosny, wdzięczny… Takie emocje mogą być bardzo widoczne, albo stonowane. Mogą pojawić się natychmiast, albo po pewnym czasie, ale będą zawsze!
Spójrz na Dz. 2,37‑38 – nawróceni w Dzień Pięćdziesiątnicy doświadczyli głębokiej przemiany w sferze swoich emocji, myślenia i woli!
Gdy tylko wystarczająco interesujemy się człowiekiem, który jest dotknięty przez Ewangelię, nie będziemy mieli większej trudności, aby dostrzec autentyczne nawrócenie – przemianę w tych trzech sferach.
Jest jeszcze jedno kryterium nawrócenia, pewniejsze od powyższego, ale odłożone w czasie. To jest „owoc nawrócenia”, o którym mówią Ewangelie. Jeśli ktoś się prawdziwie nawrócił, to w jego życiu nieuchronnie nastąpią zmiany, których nie da się inaczej wytłumaczyć! Czasem takie owoce można zobaczyć od razu (celnik Zacheusz), zazwyczaj trzeba poczekać.
A czy modlitwa „przyjęcia Jezusa” jest dowodem nawrócenia?
Opublikowałem wyniki mojej prostej ankiety.
]]>