Jeśli czytasz ten mój tekst, to z dużym prawdopodobieństwem jesteś osobą narodzoną na nowo czyli jesteś „obywatelem Nieba”: Nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa… (Fil. 3,20). Z jeszcze większym prawdopodobieństwem jesteś obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej.
Które z tych obywatelstw jest ważniejsze? Czy jedno wyklucza drugie? Czy można mieć podwójne obywatelstwo?
Tak, możemy mieć podwójne obywatelstwo i mamy szanować obydwa ustanowione przez Boga porządki, czyli na przykład płacić podatki: Oddawajcie więc cesarzowi, co jest cesarskie, a Bogu, co jest Boże. (Łuk. 20,25). Generalnie mamy być poddani rozstrzygnięciom ziemskiej władzy: Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. (Rzym. 13,1). W księdze Jeremiasza 29,7 czytamy: A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie… Jeżeli należy się starać o pomyślność miasta wygnania, to tym bardziej o pomyślność kraju urodzenia i zamieszkania!
Jednocześnie jest oczywiste, że obywatelstwo ziemskie obowiązuje tylko w tym życiu, zaś niebieskie jest trwa całą wieczność. Ewidentnie niebieskie góruje! Zatem w przypadku konfliktu pomiędzy tymi ojczyznami powinniśmy dochować wierności Ojczyźnie Niebieskiej. Powszechnie negatywnie ocenia się niemieckich chrześcijan, którzy wsparli Hitlera (choć nie wiemy, jak my byśmy się zachowali na ich miejscu…). A nieliczni, którzy odważyli się w imię swojego sumienia nazizmowi sprzeciwić, jak Dietrich Bonhoeffer, uważani są za bohaterów. Zatem są granice posłuszeństwa doczesnej władzy, granice wierności ziemskiej ojczyźnie.
Duma narodowa, która wynosi się ponad inne narody jest sprzeczna z jedną z największych wartości Królestwa: każdy człowiek jest tak samo cenny, bo za każdego tak samo Zbawiciel cierpiał na krzyżu i oddał za niego swoje życie. I to powinno stanowić oczywistą, nieprzekraczalną granicę patriotyzmu u każdego chrześcijanina.
Jako obywatele Królestwa Niebieskiego mamy sprowadzać do naszego kraju jego wartości: przebaczenie, pojednanie, miłość, równość i sprawiedliwość dla wszystkich, wspieranie słabszych… Od wieków chrześcijanie to robią. Nasza zachodnia cywilizacja doświadczająca dobrobytu, broniąca praw człowieka, zabiegająca o sprawiedliwość, tworząca systemy opieki socjalnej, jest taka dzięki naszym braciom i siostrom, którzy wprowadzali na ziemię wartości wcześniej nieznane. A jeszcze wiele zostało do wprowadzenia! Może to nasze zadanie? Może właśnie to jest ten moment, aby Kościół znany od początku z niezwykłej zdolności do praktykowania przebaczenia i głoszenia pojednania, przekazał skutecznie te wartości naszemu narodowi? W imię zdrowej, biblijnej miłości do ojczyzny.
Mamy to robić naszą postawą, postępowaniem, słowami. Jesteśmy też wezwani, aby się o naszą ziemską ojczyznę modlić: Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości. Jest to rzecz dobra i miła przed Bogiem, Zbawicielem naszym, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy. (I Tym. 2,1‑4). Słowa „przede wszystkim” oznaczają, że to ma być jedna z pierwszych naszych modlitw!
Zmierzaj do Ojczyzny Niebieskiej, we wszystkim staraj się podobać Jej Królowie, a po drodze zadbaj, aby skutecznie pobłogosławić tą ziemską.
]]>Zadziwia mnie, jak z upływem czasu słowa zupełnie zmieniają swoje znaczenie. Szczególnie chodzi mi o te, które weszły do naszego języka za pomocą Biblii. A jest takich słów i zwrotów całe mnóstwo. Jeśli doszło do takiej zmiany, to niewątpliwie utrudnia ona właściwie rozumienie tekstu Pisma. Sztandarowym przykładem jest słowo „talent”, które w czasach powstawania ksiąg Biblii było po prostu jednostką wagi srebra lub złota. Oznaczało zatem ogromny majątek, co nie miało zupełnie nic wspólnego ze współczesnym znaczeniem słowa „talent”.
Innym przykładem jest słowo „członek” w znaczeniu przynależności. Mówimy o członku jakiejś organizacji, np. partii politycznej, albo stowarzyszenia. W takim przypadku określone są zasady nabywania i utraty członkostwa, prawa i obowiązki. No i oczywiście składki.
Czy zdajemy sobie sprawę, że takie rozumienie słowa „członek”, które oryginalnie oznaczało po prostu część ciała, wzięło się z Pisma, a konkretnie z 12 rozdziału I Listu do Koryntian? To właśnie w tym fragmencie Nowego Testamentu apostoł Paweł dokonuje swego rodzaju wynalazku, czyli tworzy tzw. neologizm – wprowadza do naszego języka nowe pojęcie: „członek kościoła”. Potem rozszerzono je do wszelkiego rodzaju organizacji, jednocześnie bardzo spłycając znaczenie w jakim użył je Paweł…
To oryginalne użycie słowa „członek” mówi nam o organicznym połączeniu, zrośnięciu ze sobą nawzajem, o jedności działania, o tym, że siebie nawzajem potrzebujemy i dlatego mamy traktować się z miłością i szacunkiem. Jeśli tak pojmujemy członkostwo w kościele (w znaczeniu lokalnej wspólnoty przede wszystkim), to ma to swojej konsekwencje. Bo do ciała nie można się zapisać, trzeba w nie wrosnąć. W praktyce sprowadza się to do zbudowania takiej relacji z kilkoma osobami, że byłoby bardzo, bardzo trudne, aby ją zerwać. A to oznacza, że będzie trudno się „z kościoła wypisać”. I to jest bardzo ważne, bo ta silna relacja jest potrzebna, żebyśmy wytrzymali proces wzajemnego kształtowania swoich charakterów i potrafili wzrastać w miłości. To oznacza także, że gdy zachodzi potrzeba pozbycia się kogoś, bo swoim postępowaniem zagraża reszcie wspólnoty, to jest proces bolesny, podobny do obcięcia sobie nogi lub ręki.
Takiego wrośnięcia nie można osiągnąć jednym podpisem pod jakąś deklaracją członkowską. To zabiera wiele miesięcy. I nie zawsze się udaje.
Czy to znaczy, że formalna deklaracja członkowska, zawieranie przymierza są całkiem bez sensu, niepotrzebne? Niekoniecznie. Na pewno istotne jest, aby zasady współżycia w ramach wspólnoty, „prawa i obowiązki” były jasno określone. Jeśli nie zostaną świadomie zdefiniowane, to i tak pojawią się w formie niepisanych praw, z których część jest ukryta przed nowymi osobami. Lepiej, jeśli rzeczy są jasno określone. Możesz zobaczyć przykładowy zestaw zasad napisany dla małej grupy.
A jak jest z Tobą? Jeśli jesteś naśladowcą Chrystusa, to czy należysz do jakiejś wspólnoty? A jeśli należysz, czy jesteś jej członkiem w znaczeniu biblijnym? Czy mógłbyś wymienić kilka osób z tej wspólnoty, z którymi byłoby Ci naprawdę trudno się rozstać? Czy zasady, którymi się rządzi ta wspólnota są jawne i jasno określone?
Zapewne sam fakt, czy ktoś podpisze deklarację członkowską, czy też zgodzi się w innych sposób stać częścią wspólnoty jest sprawą drugorzędną. Ważne, żeby zasady były określone, a przynależność polegała na wrośnięciu we wspólnotę. Wtedy naprawdę stanowimy ciało Chrystusa.
]]>Jeśli spośród trzech „nóg”: wiary, nadziei i miłości, na których stoi życie chrześcijanina, „noga” nadziei jest „za krótka”, to czy możemy coś z tym zrobić? Czy można „wydłużyć zbyt krótką nogę nadziei”? Czy można wzmocnić nadzieję, jeśli jest za słaba? Abyśmy nie zlekceważyli tematu, warto podkreślić, że biblijne znaczenie słowa „nadzieja” jest inne niż potoczne „mam nadzieję”. Ta biblijna nadzieja oznacza wytrwałe oczekiwanie na coś, co jest absolutnie pewne, chociaż jeszcze nie teraz, ale w przyszłości.
Jedna z rzeczy, która może nam pomóc, to objawienie tego, co Bóg przygotował. Objawienie nie oznacza po prostu informacji. To jest raczej przedsmak, zadatek tego, co zostało przygotowane przez Boga dla wszystkich zbawionych ludzi. Wobec słabości nadziei u wierzących w Efezie, apostoł Paweł modlił się: Aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam Ducha mądrości i objawienia ku poznaniu jego, i oświecił oczy serca waszego, abyście wiedzieli, jaka jest nadzieja, do której was powołał, i jakie bogactwo chwały jest udziałem świętych w dziedzictwie jego… (Ef. 1,17-18). To właśnie Duch Boży bierze odrobinę tego, co jest w niebie i przynosi to do serc Bożych dzieci. Takie chwilowe doświadczenie nieba stanowi ogromną zachętę, aby dostać więcej.
Przypominam sobie w tym momencie te wszystkie moje spotkania z Bożą chwałą i Jego miłością, doświadczenia radości z Nieba, jakie były moim udziałem. I nie tylko mnie coś takiego się zdarza, ale przeżywa to wiele innych osób. Szczególnie wtedy, gdy mamy do czynienia z napełnieniem Duchem Świętym. Takie doświadczenia powodują, że wzrasta głód nieba. Jest to doświadczenie biblijne, bo czytamy w Liście do Hebrajczyków: …tych którzy raz zostali oświeceni i zakosztowali daru niebiańskiego, i stali się uczestnikami Ducha Świętego, i zakosztowali Słowa Bożego, że jest dobre oraz, cudownych mocy wieku przyszłego… (Hebr. 6,4-5)
Warto przeczytać historię 40 męczenników z IV wieku (nawet jeśli przez wieki jakieś szczegóły zostały zmienione).
Innym źródłem poznania nadziei jest studiowanie Pisma odnośnie tego tematu. Powinniśmy jak najwięcej wiedzieć o przygotowanym dla nas przez Boga życiu w wieczności. Czym będziemy się zajmować w wieczności? Jak to będzie wyglądało? Co z naszego doczesnego życia będzie się w wieczności liczyć? Odpowiedzi na te pytania są o wiele ważniejsze niż spekulacje na temat antychrysta i wielkiego ucisku. Bo nawet jeśli czyjeś przekonania na ten temat okażą się prawdziwe, to gdy stawiamy czoła prześladowaniom, to właśnie mocna nadzieja wieczności oparta na objawieniu i Słowie, pomoże nam wytrwać, a nie wiedza na temat działalności diabła i ludzi z nim współpracujących!
A jak wygląda Twoja nadzieja? Co Duch Boży włożył do Twojego serca? Co Ci objawił? Czy to jest świeże, czy jest tylko wyblakłym wspomnieniem? Jakie masz zrozumienie wieczności? Czy czytasz Pismo pod tym kątem?
Jak blisko jest nam do postawy apostoła Pawła: Albowiem dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem. A jeśli życie w ciele umożliwi mi owocną pracę, to nie wiem, co wybrać. Albowiem jedno i drugie mnie pociąga: pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej… (Fil. 1,21-23)
]]>Co zrobić wobec faktu, że w Kościele pojawiają się wpływowe osoby, które szkodzą swoim nauczaniem, prowadzeniem ludziom, którzy ich słuchają? Jak ochronić Kościół przez zwiedzeniem, wykorzystaniem, oszukaniem? Istnieje dobra biblijna droga!
Pan Jezus zostawił nam w tej sprawie klarowną instrukcję: Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? (Mat. 7,15-16). Ciekawe jest to, że Pan Jezus ani nie odwołuje się do duchowego rozeznania ani do zgodności wypowiedzi z Pismem. Te obydwa kryteria uważam za znaczące, ale decydujące jednak jest poszukiwanie owocu. To wymaga czasu, bo owoc nie pojawia się natychmiast. Wymaga również zapoznania z osobą, której wiarygodność chcemy sprawdzić. Możemy nawiązać z nią relację osobiście dając sobie wystarczająco dużo czasu, aby dostrzec owoce. Albo możemy poszukać kogoś, komu ufamy, kto zna tę osobę, aby udzielił rekomendacji na podstawie zaobserwowanych owoców.
Jakiś czas temu zgłosił się do mnie ktoś z odległego kraju z ofertą współpracy. Oferta brzmiała atrakcyjnie, a opis służby tego brata był imponujący. Nawet bardzo imponujący. Wobec tego zapytałem swojego znajomego z tego kraju, czy mógłby tego kogoś zarekomendować. Otrzymałem w odpowiedzi ostrożną informację, że nie dostrzegł opisywanych owoców (gdyby opis był rzetelny, byłyby trudne do przeoczenia!). Brak rekomendacji spowodował, że odmówiłem współpracy.
Przy innej okazji, zgłosił się do mnie zagraniczny misjonarz, który zaraz po przedstawieniu się zaproponował mi, abym go „sprawdził” oferując dostęp do źródła wiarygodnej rekomendacji. Jego służba w Polsce pozostawiła trwały owoc.
Uważam, że domaganie się rekomendacji w stosunku do każdej osoby, której mamy pozwolić usługiwać, powinno być obowiązującym standardem. Każdy, kto chce służyć Kościołowi powinien prowadzić przejrzyste życie i chętnie poddawać swoje służenie ocenie innych (patrz I Jana 1,5-7). Poszukiwanie potwierdzenia jest o wiele lepsze niż rozsyłanie ostrzeżeń! Zbyt łatwo wierzymy krytycznym tekstom o ludziach służących Bogu, i jednocześnie bezkrytycznie przyjmujemy nauczanie ludzi, których życia nikt nie zweryfikował (na przykład teksty i wykłady z Internetu).
Wracając do sprawdzania zgodności z Pismem. Autorzy „ostrzeżeń” powołują się na przykład Żydów z Berei, którzy „którzy byli szlachetniejszego usposobienia niż owi w Tesalonice” (Dz. 17,10) i sprawdzali głoszenie Pawła w Pismach. Tylko, że oni nie szukali tam argumentów, aby oskarżać Pawła, ale przyjmowali jego nauczanie, a następnie upewniali się, czy Pismo je potwierdza. Jest ogromna przepaść pomiędzy szukaniem powodów do oskarżenia kogoś, a upewnianiem się czy usłyszane poselstwo znajduje potwierdzenie w Słowie Bożym!
Kiedy myślę o nastawieniu jakie jest w Panu Jezusie, to nie widzę w nim ducha oskarżania. Widzę kogoś, kto staje po stronie człowieka, aby go ratować. Diabeł zaś jest oskarżycielem. Widzę ogromne zaufanie, jakim Pan Jezus nas obdarza, a jednocześnie systematyczny proces stopniowego powiększania odpowiedzialności, na zasadzie „w małym byłeś wierny, wiele ci powierzę”.
Po owocach poznacie ich!
]]>Wielki Nakaz Misyjny, to polecenie, aby Ewangelię przekazać całemu światu. Jak już mamy dobre chęci czyli gotowość, aby wziąć udział w tej misji, to powstaje pytanie, jak najskuteczniej docierać do całego narodu i całego świata?
Pierwsze podejście, to skorzystać z mocy Ducha Świętego. Podobnie jak Piotr w dzień Zielonych Świąt, przemawiać do tłumów, aby tysiące zostały przyłączone do Kościoła. Przypuśćmy, że masz taką możliwość, aby co tydzień 3 tysiące osób przyprowadzić do Chrystusa. Jeśli udałoby Ci się to robić regularnie przez 36 lat, to zdobędziesz ponad 5 milionów osób! Absolutnie niezwykłe, imponujące! Ale czy w ten sposób uda się dotrzeć do świata? 5 milionów, to jedna ósma ludności Polski, ale poniżej 1 promila światowej populacji. W dodatku, nie było w historii chrześcijaństwa jeszcze takiej osoby…
Drugie podejście, to wprowadzić w życie instrukcję i przykład Pana Jezusa, aby nowym uczniom przekazywać wszystko, czego sami się nauczyliśmy. Przypuśćmy, że w ciągu około 3 lat masz jednocześnie 6 uczniów, a każdy z nich po tych 3 latach ma także 6 uczniów. Wtedy przed upływem 30 lat, dotrzesz do całego naszego narodu, a zanim minie 36 lat cała populacja zamieszkująca ziemię będzie miała możliwość stać się uczniami Chrystusa.
Zobacz obliczenia porównujące te dwa podejścia w oparciu o prosty model matematyczny.
W przypadku tego pierwszego podejścia, ewangelista byłby gwiazdą, ale wiara ludzi, których przyprowadza w ten sposób do Chrystusa prawdopodobnie bardzo powierzchowna.
W przypadku drugiego podejścia, nauczyciel nie będzie do końca świadomy następującego wzrostu, który szybko wymknie się spod jego kontroli i wiedzy. Będzie natomiast mógł zadbać o jakość życia swoich uczniów oferując im wszystko, czego się sam nauczył. Wyzwaniem jest natomiast, aby tak wychować uczniów, aby każdy z nich miał kolejnych uczniów!
A jaki wzór znajdujemy w Piśmie? Wydaje mi się, że mieszany – połączenie obydwu rzeczy: mocy Bożej, która doprowadza tysiące ludzi na raz do Bożego Królestwa oraz systematycznego, chociaż mało spektakularnego, codziennego czynienia uczniami. Ciekawe jest to, że w Dziejach Apostolskich wzrost Kościoła jest najpierw opisany słowem, które oznacza dodawanie (Dz. 2,41 oraz 5,14), a później pojawia się inne słowo, które tłumaczy się jako pomnażanie (Dz. 6,1 oraz 9,31).
Wniosek jest prosty. Należy głosić Ewangelię komu się da, wielu osobom, potem zaś spośród nich wybrać takich, którzy dają największe szanse pomnożenia i im przekazać wszystko. Taka metoda była i jest nadal głównym źródłem wzrostu Kościoła.
A czy Ty masz uczniów? Jeśli prowadzisz życie w relacji z Panem Jezusem, to jest cała masa ludzi, którzy mogą się od Ciebie uczyć, bo nie mają pojęcia nawet o tym, jak być zbawionym przez wiarę. Nie szkodzi, że większość ludzi naokoło nie jest zainteresowana. Tych zainteresowanych jest wystarczająco dużo.
A może umiesz i rozumiesz więcej, niż same podstawy, gdy chodzi o naśladowanie Chrystusa? Komu, w takim razie, przekazujesz swoje umiejętności? Czy masz osoby, które uczysz, a one następnie będą przekazywać ten sposób życia dalej?
]]>Ewangelia jest nade wszystko opowieścią, która wymaga posługiwania się słowami. W dodatku takimi, które mogą być zrozumiałe dla ludzi żyjących w konkretnej kulturze.
Pierwszy list Piotra porusza kwestię świadczenia o zbawiającej mocy Boga w nieprzychylnym Ewangelii społeczeństwie – we wrogim i nieprzyjaznym otoczeniu.
Przykład łagodności, cierpliwości i świętości życia wraz z gotowością na niesprawiedliwe cierpienie ze strony tych żyjących „poza Chrystusem” może i powinien być skutecznym narzędziem ewangelizacyjnym: „Wśród pogan zachowujcie się nienagannie (…) aby widząc wasze dobre czyny, mogli chwalić Boga w dniu nawiedzenia”(1 Ptr 2,12).
Szczególna obietnica odnosi się do żon, których mężowie „nie są posłuszni Słowu”. Apostoł Piotr zaleca i zapewnia: „Żony niech się podporządkują swoim mężom! Pozyskają wtedy dobrym przykładem, bez słów, nawet tych, którzy nie są posłuszni Słowu. Niech widzą waszą bogobojność i niewinność!” (1 Ptr 3,1). To jest przykład ewangelizacji bez słów. Taki właśnie niezwykły autorytet spoczywa na żonach.
Teksty biblijne zadziwiają skalą autorytetu przypisanego żonom. Pan Bóg zadeklarował: „Nie jest dobrze, by człowiek (mężczyzna) był sam. Uczynię mu pomoc podobną do niego” (Rdz 2,18). Dalej wszystko, jak pamiętamy, potoczyło się ku zadowoleniu mężczyzny: „Ta wreszcie jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Będzie się zwała kobietą, bo z mężczyzny została wzięta” (Rdz 2,23). Użyte w tekście hebrajskim słowo `ezer tłumaczone jako „pomoc” pojawia się między innymi w Psalmach, jako tytuł godnościowy Boga. Oznacza ono zbawczą obecność Boga pośród Jego ludu. Niezwykłe!
Zdarza się, że kobiety doświadczają cierpienia ze strony niezbawionych mężów. Znane są jednak świadectwa pozyskania mężczyzn dla Ewangelii na drodze uległości i szacunku okazanych im przez oddane Chrystusowi żony. Nie było napominania: „nawróć się grzeszniku” i publicznych modlitw o „niezbawionego i bezbożnego męża”, ale raczej cierpliwe służenie potrzebom małżonka. To bardzo trudne zadanie. Jednak niesie ono w sobie przykład postępowania Boga wglądem każdego człowieka. On okazywał nam cierpliwość i obdarzał miłością, kiedy żyliśmy w buncie i nieposłuszeństwie wobec Niego. Zbawcza obecność Boga w historii Izraela – ludu o „twardym karku” dokonywała przemiany i przynosiła ratunek.
Pamiętam świadectwo pewnej siostry z Białorusi, która żyła z mężem – alkoholikiem. Kiedy przychodził pijany, służyła mu. Pielęgnowała. Przygotowywała posiłek i wygodne łóżko, aby mógł się wyspać. Jej pokorna postawa wobec męża przyniosła oczekiwany owoc – mężczyzna został pozyskany dla Ewangelii. W świecie, gdzie nadrzędnym celem jest unikanie wszelkiej niewygody, cierpienie jawi się jako niechciany i nad wyraz niepożądany element. A jednak czytamy: „Ten bowiem ma łaskę u Boga, kto ze względu na Niego znosi przykrości, niesprawiedliwie cierpiąc. Do tego bowiem zostaliście powołani! Chrystus również za was cierpiał i zostawił wam przykład, abyście szli Jego śladami” (1 Ptr 2,19.21).
Czy każda kobieta, mająca niewierzącego męża, w dodatku alkoholika, może swoją postawą pozyskać go dla Chrystusa? Nie wiem. Podobnie jak nie wiemy czy każde głoszenie Ewangelii wzbudzi wiarę w sercach tych, którzy słuchają. Z całą pewnością nie możemy też, jako Kościół, przyzwalać na to, aby żony doświadczały przemocy i agresji ze strony niewierzących mężów. W przypadkach kiedy zagrożone jest życie lub zdrowie któregoś z małżonków albo dzieci, a strona stanowiąca źródło zagrożenia nie zmienia się, zalecałbym czasową lub trwałą separację.
W postawie uległości żon wobec mężów jest zwycięska moc, za którą stoi sam Bóg. Elementem tej uległości jest docenianie, wspieranie i motywowanie męża do zajęcia właściwego dla niego miejsca, jako głowy rodziny. Kobieta pouczająca swojego męża i obnażająca jego braki w kwestii duchowych spraw poniesie porażkę. Mężowie poddają się prawdzie Ewangelii nie z powodu głoszonych im przez żony „kazań”, lecz w rezultacie ich postawy przepełnionej szacunkiem, niewinnością i bogobojnością.
Niezwykłymi bohaterami wiary są żony, które przykładnym życiem, bez słów, pozyskały mężów dla Chrystusa.
]]>Bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać. (Dz. 20,35 Biblia Warszawska)
Myślę, że wszyscy naśladowcy Chrystusa chcą być pełni takiego samego entuzjazmu, radości, miłości, pasji od początku aż do końca swojej drogi na ziemi. Zmagamy się ze zniechęceniem, tracimy pierwszą miłość, stajemy się letni… Czy można to odwrócić? Czy jesteśmy skazani, aby żyć nadzieją przebudzenia, które kiedyś znowu nas ożywi?
W tym świecie mamy do czynienia z życiem, które trwa od wieków. W postaci mnóstwa gatunków roślin i zwierząt. Ale żadna pojedyncza roślina ani żadne pojedyncze zwierzę nie jest przeznaczone, aby żyć na tej ziemi bez końca. Ma dać życie kolejnym roślinom i zwierzętom. Zatem życie trwa poprzez przekazywanie go dalej. A nawet pomnaża się w ten sposób! W podobny sposób rzeczy się mają, gdy chodzi o duchowe życie zarówno poszczególnych naśladowców Chrystusa, jak i wspólnot kościelnych. Zacząłem to dostrzegać przez osobiste doświadczenia.
To miało miejsce kilkadziesiąt lat temu. Odbywała się regularna ewangelizacja uliczna poprzez rozdawanie traktatów i opowiadanie ewangelii. Z powodu swojej nieśmiałości, nie brałem w tym udziału, to było zbyt wielkie wyzwanie dla mnie. Pewnego dnia musiałem pojechać na miejsce ewangelizacji, aby komuś przekazać klucze od mieszkania. I tam, w brudnym, szarym przejściu podziemnym, gdy podszedłem do osoby, której miałem oddać te klucze, zostałem dotknięty niezwykłą Bożą obecnością! To było zaskakujące, niezwykłe i głęboko poruszające i… pouczające. A więc w czymś tak zwyczajnym, jak rozdawanie traktatów i rozmawianie z ludźmi na ulicy jest tak mocno obecny Bóg?
Ileś lat później miałem możliwość rozmawiania o Bogu i zbawieniu z ludźmi, którzy przyszli na ewangelizacyjny koncert w parku. I mimo, że w tym momencie nikt się nie nawrócił, to po takiej rozmowie czułem się niesamowicie pobłogosławiony – zostałem napełniony życiem.
To wszystko pomogło mi zobaczyć, że głównym sposobem na utrzymanie życia osobistego oraz życia wspólnoty kościelnej jest przekazywanie życia. Czyli dzielenie się świadectwem i opowiadanie ewangelii ludziom jeszcze nie zbawionym. Jeśli tego nie robimy, zaczynamy wysychać. Jeśli Kościół zaniedbuje ewangelizację, to zaczyna tracić życie, skupia się na mało ważnych rzeczach, zużywając na nie swoją energię, tocząc spory, nierzadko dzieląc się z błahych powodów. I wypracowuje pustą religijność, która zastępuje żywą relację z Bogiem.
Zatem ewangelizacja, to sprawa życia i śmierci! Nie tylko sprawa ratowania ludzi jeszcze niezbawionych przed wiecznym potępieniem. Ale także sprawa życia ludzi już zbawionych i zachowania życia całych wspólnot.
Duchowe życie otrzymaliśmy od naszego Pana Jezusa Chrystusa. On jest źródłem. Ale nie możemy go utrzymać, tylko biorąc. Jeśli chcemy je zachować, to musimy dawać, przekazywać je dalej. Inaczej zaczniemy je tracić, będziemy wysychać.
Przekazywanie ewangelii zarówno dla mówiącego jak i dla słuchacza jest sprawą życia i śmierci!
]]>Miałem okazję rozmawiać z kimś z Ameryki Południowej. Opowiedział mi, że najpierw były znaki, cuda, uzdrowienia, które gromadziły ludzi na masowych spotkaniach ewangelizacyjnych przynoszących potężne owoce. Po kilku latach, gdy objawienia mocy Bożej zaczęły ustawać, te masowe ewangelizacje straciły sens. I wtedy przywódcy Kościoła zachęcili swoich ludzi, aby zakładali w domach grupy, przez które docieraliby z Ewangelią do swoich sąsiadów. Wzrost Kościoła był kontynuowany.
Ta historia zrodziła we mnie pytanie: co lepsze – moc Boża, która szybko wiele osób wprowadza do Bożego Królestwa, czy systematyczna, rozproszona praca w małych grupach? Jestem świadom, że żyjemy w świecie, gdzie oczekuje się natychmiastowych rezultatów, szybkich rozwiązań, a cierpliwość jest cnotą nieznaną. Wolimy szybko.
Ale w przypadku powolnego, opartego na budowanych relacjach docieraniu do ludzi, mieliśmy na pewno do czynienia z większym zaangażowaniem w ich życie, a tym samym owocem byli bardziej dojrzali chrześcijanie.
Narodzenie na nowo to obraz nawrócenia odwołujący się do poczęcia i narodzin dziecka. Przedwczesne narodziny to śmierć dziecka lub walka o życie wcześniaka. Należy odczekać około dziewięć miesięcy. Drugi obraz, to ziarno. Zasiana na polu pszenica potrzebuje minimum 100 dni, aby dojrzeć do żniwa. Próba przyśpieszenia żniw to głupota. Nie jest znana dokładna data urodzin dziecka, ani też data żniw. Dziecko się rodzi, gdy do tego będzie gotowe, a zboże zbiera się, gdy dojrzeje i pogoda na to pozwala.
Podobnie jest z narodzeniem się na nowo dla Bożego Królestwa. Ono nie dokonuje się zaraz po poczęciu! I chociaż tutaj czas jest bardziej nieprzewidywalny niż przypadku dziecka, czy zboża, to zasada jest taka sama – nowe życie powinno pozostać ukryte w człowieku, aż dojrzeje do tego, aby się objawić światu. To może się zdarzyć w ciągu 10 minut od momentu zasiania Słowa, albo po 17 latach (autentyczne przypadki!). Ważne jest, aby było do tego dojrzałe.
Jeśli brakuje nam cierpliwości, upraszczamy, przyśpieszamy proces prowadzący do narodzenia się na nowo, to możemy się dopuścić duchowej aborcji, której nowe życie od Boga może nie przetrwać. Ono musi mieć swój schowany, niewidoczny okres, potem dostrzegalny wzrost i dojrzały finał!
A zatem, powoli czy szybko? Po prostu dojrzale, z cierpliwością!
A jeśli chodzi o wybór pomiędzy mocą Bożą. a cierpliwym budowaniem relacji, to jestem za tymi obydwiema rzeczami (najlepiej jednocześnie!).
Zobacz też prostą ankietę nawrócenia.
]]>