Zadziwia mnie, jak z upływem czasu słowa zupełnie zmieniają swoje znaczenie. Szczególnie chodzi mi o te, które weszły do naszego języka za pomocą Biblii. A jest takich słów i zwrotów całe mnóstwo. Jeśli doszło do takiej zmiany, to niewątpliwie utrudnia ona właściwie rozumienie tekstu Pisma. Sztandarowym przykładem jest słowo „talent”, które w czasach powstawania ksiąg Biblii było po prostu jednostką wagi srebra lub złota. Oznaczało zatem ogromny majątek, co nie miało zupełnie nic wspólnego ze współczesnym znaczeniem słowa „talent”.
Innym przykładem jest słowo „członek” w znaczeniu przynależności. Mówimy o członku jakiejś organizacji, np. partii politycznej, albo stowarzyszenia. W takim przypadku określone są zasady nabywania i utraty członkostwa, prawa i obowiązki. No i oczywiście składki.
Czy zdajemy sobie sprawę, że takie rozumienie słowa „członek”, które oryginalnie oznaczało po prostu część ciała, wzięło się z Pisma, a konkretnie z 12 rozdziału I Listu do Koryntian? To właśnie w tym fragmencie Nowego Testamentu apostoł Paweł dokonuje swego rodzaju wynalazku, czyli tworzy tzw. neologizm – wprowadza do naszego języka nowe pojęcie: „członek kościoła”. Potem rozszerzono je do wszelkiego rodzaju organizacji, jednocześnie bardzo spłycając znaczenie w jakim użył je Paweł…
To oryginalne użycie słowa „członek” mówi nam o organicznym połączeniu, zrośnięciu ze sobą nawzajem, o jedności działania, o tym, że siebie nawzajem potrzebujemy i dlatego mamy traktować się z miłością i szacunkiem. Jeśli tak pojmujemy członkostwo w kościele (w znaczeniu lokalnej wspólnoty przede wszystkim), to ma to swojej konsekwencje. Bo do ciała nie można się zapisać, trzeba w nie wrosnąć. W praktyce sprowadza się to do zbudowania takiej relacji z kilkoma osobami, że byłoby bardzo, bardzo trudne, aby ją zerwać. A to oznacza, że będzie trudno się „z kościoła wypisać”. I to jest bardzo ważne, bo ta silna relacja jest potrzebna, żebyśmy wytrzymali proces wzajemnego kształtowania swoich charakterów i potrafili wzrastać w miłości. To oznacza także, że gdy zachodzi potrzeba pozbycia się kogoś, bo swoim postępowaniem zagraża reszcie wspólnoty, to jest proces bolesny, podobny do obcięcia sobie nogi lub ręki.
Takiego wrośnięcia nie można osiągnąć jednym podpisem pod jakąś deklaracją członkowską. To zabiera wiele miesięcy. I nie zawsze się udaje.
Czy to znaczy, że formalna deklaracja członkowska, zawieranie przymierza są całkiem bez sensu, niepotrzebne? Niekoniecznie. Na pewno istotne jest, aby zasady współżycia w ramach wspólnoty, „prawa i obowiązki” były jasno określone. Jeśli nie zostaną świadomie zdefiniowane, to i tak pojawią się w formie niepisanych praw, z których część jest ukryta przed nowymi osobami. Lepiej, jeśli rzeczy są jasno określone. Możesz zobaczyć przykładowy zestaw zasad napisany dla małej grupy.
A jak jest z Tobą? Jeśli jesteś naśladowcą Chrystusa, to czy należysz do jakiejś wspólnoty? A jeśli należysz, czy jesteś jej członkiem w znaczeniu biblijnym? Czy mógłbyś wymienić kilka osób z tej wspólnoty, z którymi byłoby Ci naprawdę trudno się rozstać? Czy zasady, którymi się rządzi ta wspólnota są jawne i jasno określone?
Zapewne sam fakt, czy ktoś podpisze deklarację członkowską, czy też zgodzi się w innych sposób stać częścią wspólnoty jest sprawą drugorzędną. Ważne, żeby zasady były określone, a przynależność polegała na wrośnięciu we wspólnotę. Wtedy naprawdę stanowimy ciało Chrystusa.
]]>Najbardziej życiodajną służbą chrześcijanina jest przekazywać otrzymane od Boga życie dalej. Jeśli chcesz zachować życie, nie pozwolić, aby wyschło, musisz innych przyprowadzać do Chrystusa. Nie ma większej radości i większego przypływu życia, niż przyczynić się do czyjegoś zbawienia! Ale te momenty radości i życia przeplatają się z momentami rozczarowania…
Pan Jezus porównał głoszenie Ewangelii do rozsiewania ziarna. To jest przypowieść o siewcy, którego ziarno pada na cztery rodzaje gleby (patrz na przykład Mat. 13,4‑9.18‑23)
Ziarno zasiane na drodze. Gdy głosimy Ewangelię, to napotkamy na obojętność. Bardzo często. I to ze strony osób, na które „liczyliśmy”. Mówimy, wydaje się że ktoś słucha ze zrozumieniem, ale ani w najbliższym czasie, ani też później nie widać żadnej przemiany, żadnego owocu. To powoduje rozczarowanie i zniechęcenie.
Ziarno zasiane na gruncie skalistym. Będziemy też oglądać spektakularne, pełne pasji nawrócenia. To wspaniała nagroda dla każdego, który głosi słowo Ewangelii. Z ekscytacją opowiadamy innym o tych nawróceniach, aby i oni mogli podzielać naszą radość, i aby ich zachęcić do głoszenia. Ale zdarza się, że po pewnym czasie entuzjazm takich osób wygasa. Przychodzą jakieś drobne rozczarowania, porażki, przeciwności, i ci gwałtownie nawróceni ludzi zobojętnieją i odejdą. Niezrozumiałe i bardzo przykre.
Ziarno zasiane między ciernie. Zdarzą się też osoby, które w zasadzie dobrze i szczerze przyjęły Słowo Ewangelii, ale pozostawiły w swoim życiu chwasty nadmiernych trosk, starania się o ziemski dobrobyt. Taki chwast można unieszkodliwić tylko na jeden sposób – całkowicie go wyrywając, czyli wyćwiczyć się w gromadzeniu skarbów w niebie. Jeśli to nie nastąpi, to nawet jeśli ktoś dochowuje wierności, to jego życie w zasadzie nie przynosi żadnego owocu – całą energię zużywają ciernie trosk i pożądania, pogoni za doczesną przyjemnością, za wygodą. Takie osoby mogą bardzo długo wytrwać w relacji z Bogiem i Jego Kościołem, ale ich życie nie powoduje wzrostu Królestwa Bożego. W pewnym sensie jest zmarnowane. Nie ma pełnej satysfakcji, szkoda.
Pan Jezus uprzedził nas, jakie mogą być efekty głoszenia Ewangelii i nie nakazał wcześniejszego sprawdzania gleby, na którą siejemy, czyli człowieka, któremu głosimy. Takie rozczarowania są wliczone w naszą służbę Bogu. Zostały zapowiedziane. Są nieuchronne. Pomimo to, mamy zasiewać szeroko, bo nie wiemy, kto kim jest, jaką jest glebą.
Ale oprócz nieuchronnych i bolesnych rozczarowań, czeka nas też radość. Przynajmniej od czasu do czasu. To jest wtedy, gdy nie tylko pokazaliśmy komuś drogę zbawienia, ale on sam stał się wspaniałym narzędziem w Bożych rękach do ratowania wielu kolejnych osób. To jest ziarno posiane na żyzną glebę. Dla tej radości warto znieść rozczarowania!
I jeszcze wskazówka. Jeśli ograniczasz głoszenie Ewangelii do osób zupełnie nieznajomych (np. ewangelizacja uliczna), to prawdopodobieństwo, że Ewangelia zostanie przyjęta jest bardzo małe. Rozczarowanie będzie bardzo dominujące i może przerodzić się w zniechęcenie. Więcej szans na sukces będziesz mieć, gdy starasz się być świadectwem wśród ludzi, z którymi się znasz. Gdy okazujesz im zainteresowanie i miłość, cierpliwie czekasz na dogodny moment, aby przekazać Słowo Życia, to jest bardzo duża szansa, że się uda!
]]>Bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać. (Dz. 20,35 Biblia Warszawska)
Myślę, że wszyscy naśladowcy Chrystusa chcą być pełni takiego samego entuzjazmu, radości, miłości, pasji od początku aż do końca swojej drogi na ziemi. Zmagamy się ze zniechęceniem, tracimy pierwszą miłość, stajemy się letni… Czy można to odwrócić? Czy jesteśmy skazani, aby żyć nadzieją przebudzenia, które kiedyś znowu nas ożywi?
W tym świecie mamy do czynienia z życiem, które trwa od wieków. W postaci mnóstwa gatunków roślin i zwierząt. Ale żadna pojedyncza roślina ani żadne pojedyncze zwierzę nie jest przeznaczone, aby żyć na tej ziemi bez końca. Ma dać życie kolejnym roślinom i zwierzętom. Zatem życie trwa poprzez przekazywanie go dalej. A nawet pomnaża się w ten sposób! W podobny sposób rzeczy się mają, gdy chodzi o duchowe życie zarówno poszczególnych naśladowców Chrystusa, jak i wspólnot kościelnych. Zacząłem to dostrzegać przez osobiste doświadczenia.
To miało miejsce kilkadziesiąt lat temu. Odbywała się regularna ewangelizacja uliczna poprzez rozdawanie traktatów i opowiadanie ewangelii. Z powodu swojej nieśmiałości, nie brałem w tym udziału, to było zbyt wielkie wyzwanie dla mnie. Pewnego dnia musiałem pojechać na miejsce ewangelizacji, aby komuś przekazać klucze od mieszkania. I tam, w brudnym, szarym przejściu podziemnym, gdy podszedłem do osoby, której miałem oddać te klucze, zostałem dotknięty niezwykłą Bożą obecnością! To było zaskakujące, niezwykłe i głęboko poruszające i… pouczające. A więc w czymś tak zwyczajnym, jak rozdawanie traktatów i rozmawianie z ludźmi na ulicy jest tak mocno obecny Bóg?
Ileś lat później miałem możliwość rozmawiania o Bogu i zbawieniu z ludźmi, którzy przyszli na ewangelizacyjny koncert w parku. I mimo, że w tym momencie nikt się nie nawrócił, to po takiej rozmowie czułem się niesamowicie pobłogosławiony – zostałem napełniony życiem.
To wszystko pomogło mi zobaczyć, że głównym sposobem na utrzymanie życia osobistego oraz życia wspólnoty kościelnej jest przekazywanie życia. Czyli dzielenie się świadectwem i opowiadanie ewangelii ludziom jeszcze nie zbawionym. Jeśli tego nie robimy, zaczynamy wysychać. Jeśli Kościół zaniedbuje ewangelizację, to zaczyna tracić życie, skupia się na mało ważnych rzeczach, zużywając na nie swoją energię, tocząc spory, nierzadko dzieląc się z błahych powodów. I wypracowuje pustą religijność, która zastępuje żywą relację z Bogiem.
Zatem ewangelizacja, to sprawa życia i śmierci! Nie tylko sprawa ratowania ludzi jeszcze niezbawionych przed wiecznym potępieniem. Ale także sprawa życia ludzi już zbawionych i zachowania życia całych wspólnot.
Duchowe życie otrzymaliśmy od naszego Pana Jezusa Chrystusa. On jest źródłem. Ale nie możemy go utrzymać, tylko biorąc. Jeśli chcemy je zachować, to musimy dawać, przekazywać je dalej. Inaczej zaczniemy je tracić, będziemy wysychać.
Przekazywanie ewangelii zarówno dla mówiącego jak i dla słuchacza jest sprawą życia i śmierci!
]]>