„Faryzeusz” – to słowo zapożyczone z Biblii na stałe zagościło w naszym języka i potocznie oznacza człowieka fałszywego, obłudnego. Historycznie rzecz ujmując, to było żydowskie stronnictwo religijne, którego członkowie starali się poprzez ścisłe przestrzeganie przepisów Prawa żyć dla Boga w oddzieleniu od nieczystego świata. Taka ich postawa niewątpliwie imponowałaby nam, gdyby nie Pan Jezus, który obnażył ich ukrytą stronę. A autorzy Ewangelii, którzy całkiem sporo miejsca faryzeuszom poświęcili opisując ich konflikt z Jezusem, kompletnie zepsuli im reputację.
Gdybyśmy jednak nie czytali Ewangelii, to mielibyśmy obraz znakomitych znawców Słowa Bożego (w zakresie Starego Testamentu oczywiście), którzy księgi Prawa znali na pamięć, a i do pozostałych Pism i Proroków sięgali swobodnie, wydobywając z nich ważne informacje, na przykład o Mesjaszu. Ich celem było oddzielenie się od nieczystości świata, żeby mieć przystęp do Boga. Byli też bardzo gorliwi („poszczę dwa razy w tygodniu i oddaję dziesięcinę ze wszystkiego”), dbając o najdrobniejsze szczegóły, gdy chodzi o wymagania Prawa. Faryzeusze byliby dla nas wzorem do naśladowania! I taką też reputację mieli w czasach Pana Jezusa. Jedynie liberalni saduceusze im się sprzeciwiali. Wiadomo, liberalna teologia jest w opozycji do ortodoksyjnej.
A jednak Pan Jezus ich atakuje jak nikogo innego. I właśnie z nimi jest w największym konflikcie od samego początku swojej służby, aż do momentu, gdy za ich sprawą i sprawą kapłanów (czyli także saduceuszy!) zostaje skazany na śmierć krzyżową.
Co było taką straszną wadą w nieskazitelnym wizerunku tych gorliwych wyznawców Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba? Teatr. Aktorstwo. Czyli udawanie doskonałości, aby na ludziach zrobić wrażenie. A nawet, aby zrobić wrażenie na Panu Bogu! Nie przyjęli Jezusa, bo Go nie potrzebowali – w teatrze, który odgrywali nie było dla Niego roli, był niepotrzebny, a nawet przeszkadzał.
Nie jestem przeciwnikiem teatru ani aktorów, bo wszyscy wiedzą, że udają kogoś, kim nie są. To jest otwarta, uczciwa gra.
Gdy czytam Ewangelię, to dowiaduję się, że Pan Jezus nie uważa diabła i jego mocy za najgroźniejszego przeciwnika Kościoła. On się Kościołowi nie oprze. Ludzie prześladujący Kościół też go nie pokonają. Najgroźniejszym przeciwnikiem Kościoła jest „kwas faryzeuszy” czyli aktorstwo. Odgrywanie jakiejś roli, udawanie, teatr. Robienie wrażenia, że się jest lepszym, niż w rzeczywistości. To jest prawdziwy problem współczesnego Kościoła. Główna przyczyna jego słabości, bo nie brak znajomości Słowa, słaba wiara, czy niedostateczne poświęcenie. Jestem przekonany, że jak tylko pozwolimy na jakąkolwiek formę udawania, teatru, to wpuszczamy kwas, który szybko się rozlezie i rozniesie słabość po całym ciele. Kwas robienia wrażenia, że się jest kimś doskonałym i osądzania wszystkich, którzy są po prostu prawdziwi. To jest w moim przekonaniu główna przyczyna skandali psujących reputację Kościoła.
Ewangelie poświęcają faryzeuszom tak dużo miejsca, nie po to, abyśmy komukolwiek przykleili łatkę „faryzeusza”. Ale, żeby każdy z nas wejrzał na swoje życie, czy nie ma tam żadnego teatru, udawania, brzydkiej prawdy ukrytej w ciemności. Ich przykład może być dla nas bardzo pożyteczny, jeśli każdy z nas potraktuje go jako ostrzeżenie dla swojego własnego życia. Bo faryzejski styl życia jest bardzo, bardzo pociągający! Jest niestety możliwe, aby znakomicie znać Boże Słowo, dobrze je rozumieć, być bardzo gorliwym i rozminąć się z Chrystusem.
Czy jest jakieś lekarstwo na teatr w Kościele? Oczywiście! Radykalne „chodzenie w światłości”, czyli życie otwarte przed innymi w którym niczego nie ukrywamy, a na pewno nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Taka postawa powoduje, że nie można nas zaatakować niczym ukrytym, bo niczego ukrytego nie ma. A to co jest wyprowadzone na światło zostaje poddane mocy Bożej, która rozprawia się z grzesznością. Pielęgnowanie takiego stylu życia wymaga pokory, atmosfery miłości i akceptacji oraz wiary w Boże usprawiedliwienie.
Jeśli jednak żyjemy w Świetle, tak jak On sam jest w Świetle, to łączy nas wzajemna więź, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu. (I Jana 1,7)
]]>Najbardziej życiodajną służbą chrześcijanina jest przekazywać otrzymane od Boga życie dalej. Jeśli chcesz zachować życie, nie pozwolić, aby wyschło, musisz innych przyprowadzać do Chrystusa. Nie ma większej radości i większego przypływu życia, niż przyczynić się do czyjegoś zbawienia! Ale te momenty radości i życia przeplatają się z momentami rozczarowania…
Pan Jezus porównał głoszenie Ewangelii do rozsiewania ziarna. To jest przypowieść o siewcy, którego ziarno pada na cztery rodzaje gleby (patrz na przykład Mat. 13,4‑9.18‑23)
Ziarno zasiane na drodze. Gdy głosimy Ewangelię, to napotkamy na obojętność. Bardzo często. I to ze strony osób, na które „liczyliśmy”. Mówimy, wydaje się że ktoś słucha ze zrozumieniem, ale ani w najbliższym czasie, ani też później nie widać żadnej przemiany, żadnego owocu. To powoduje rozczarowanie i zniechęcenie.
Ziarno zasiane na gruncie skalistym. Będziemy też oglądać spektakularne, pełne pasji nawrócenia. To wspaniała nagroda dla każdego, który głosi słowo Ewangelii. Z ekscytacją opowiadamy innym o tych nawróceniach, aby i oni mogli podzielać naszą radość, i aby ich zachęcić do głoszenia. Ale zdarza się, że po pewnym czasie entuzjazm takich osób wygasa. Przychodzą jakieś drobne rozczarowania, porażki, przeciwności, i ci gwałtownie nawróceni ludzi zobojętnieją i odejdą. Niezrozumiałe i bardzo przykre.
Ziarno zasiane między ciernie. Zdarzą się też osoby, które w zasadzie dobrze i szczerze przyjęły Słowo Ewangelii, ale pozostawiły w swoim życiu chwasty nadmiernych trosk, starania się o ziemski dobrobyt. Taki chwast można unieszkodliwić tylko na jeden sposób – całkowicie go wyrywając, czyli wyćwiczyć się w gromadzeniu skarbów w niebie. Jeśli to nie nastąpi, to nawet jeśli ktoś dochowuje wierności, to jego życie w zasadzie nie przynosi żadnego owocu – całą energię zużywają ciernie trosk i pożądania, pogoni za doczesną przyjemnością, za wygodą. Takie osoby mogą bardzo długo wytrwać w relacji z Bogiem i Jego Kościołem, ale ich życie nie powoduje wzrostu Królestwa Bożego. W pewnym sensie jest zmarnowane. Nie ma pełnej satysfakcji, szkoda.
Pan Jezus uprzedził nas, jakie mogą być efekty głoszenia Ewangelii i nie nakazał wcześniejszego sprawdzania gleby, na którą siejemy, czyli człowieka, któremu głosimy. Takie rozczarowania są wliczone w naszą służbę Bogu. Zostały zapowiedziane. Są nieuchronne. Pomimo to, mamy zasiewać szeroko, bo nie wiemy, kto kim jest, jaką jest glebą.
Ale oprócz nieuchronnych i bolesnych rozczarowań, czeka nas też radość. Przynajmniej od czasu do czasu. To jest wtedy, gdy nie tylko pokazaliśmy komuś drogę zbawienia, ale on sam stał się wspaniałym narzędziem w Bożych rękach do ratowania wielu kolejnych osób. To jest ziarno posiane na żyzną glebę. Dla tej radości warto znieść rozczarowania!
I jeszcze wskazówka. Jeśli ograniczasz głoszenie Ewangelii do osób zupełnie nieznajomych (np. ewangelizacja uliczna), to prawdopodobieństwo, że Ewangelia zostanie przyjęta jest bardzo małe. Rozczarowanie będzie bardzo dominujące i może przerodzić się w zniechęcenie. Więcej szans na sukces będziesz mieć, gdy starasz się być świadectwem wśród ludzi, z którymi się znasz. Gdy okazujesz im zainteresowanie i miłość, cierpliwie czekasz na dogodny moment, aby przekazać Słowo Życia, to jest bardzo duża szansa, że się uda!
]]>Zakładam, że zależy Ci, aby jak najwięcej ludzi poznało osobiście Jezusa Chrystusa i tym samym zostało zbawionych. To wymaga, żeby ktoś im przekazał Ewangelię. Załóżmy, że Ty jesteś taką właśnie osobą. Masz na sercu ratowanie ludzi zgubionych i robisz wszystko, co potrafisz, aby doprowadzić ich do nawrócenia i wiary. Przypuśćmy, że masz dar do głoszenia, docierasz do ludzi, a oni są zbawiani. To oznacza niekończące się zajęcie, bo są tysiące potrzebujących zbawienia wokół nas. Marzenie wielu serc, prawda? Przebudzenie. Chcemy oczywiście, aby Ewangelia docierała bardzo szeroko, do jak największej ilości osób. Marzymy o potężnym żniwie naszego narodu.
Ale… Na koniec Wielkiego Nakazu Misyjnego z Ewangelii Mateusza 28,18-20 czytamy: Ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. Czyli, że wszystko, czego nauczyłeś się, gdy chodzi o życie naśladowcy Jezusa, ma zostać przekazane kolejnym osobom. Pan Jezus oczekuje od nas, żebyśmy nie tylko doprowadzali ludzi do zbawienia, ale doprowadzili ich przynajmniej do naszego poziomu życia z Bogiem. On oczekuje, że doprowadzimy Jego nowych naśladowców do pewnej głębi, że nastąpi radykalna przemiana ich życia. Ale to wymaga przecież czasu! Jeśli nawet uważasz siebie za mało wybitnego ucznia Chrystusa, to jest mnóstwo rzeczy, które umiesz i masz do przekazania! Wypełnienie tego oznacza miesiące, albo i lata zajmowania się pojedynczymi osobami, lub małą grupką osób. Nie da się doprowadzić do głębokiej przemiany wielu ludzi na raz. Można co prawda wielu osobom przekazywać nauczanie, ale to za mało, aby nauczyły się żyć. Będą mieć rzeczy właściwie poukładane w głowach, ale ciągle wiele braków w praktycznym życiu. I nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że to sam Bóg jest wychowującym Ojcem, a Duch Święty jest ostatecznie odpowiedzialny za doprowadzenie wierzących do świętości życia, to ciągle pozostaje ogromne zadanie do wykonania przez ludzi.
Ponieważ dysponujemy ograniczonym czasem, więc wygląda na to, że musimy wybierać. Pierwsza opcja, to poświęcić ten czas na ratowanie zgubionych, ciesząc się z tego, że przynajmniej nie spędzą oni wieczności w piekle, chociaż ich życie duchowe będzie powierzchowne. Druga opcja to oddać się doprowadzaniu do dojrzałości w wierze niewielkiej grupy osób, godząc się, że wielu innych nie doprowadzimy do zbawienia. Wygląda na to, że musimy wybierać pomiędzy szerokim albo głębokim przekazywaniem życia.
Oczywiście, jest jeszcze inna możliwość. Można docierać do niewielu osób i w dodatku nie zajmując się nimi dalej, skoro już zostali zbawieni. Czyli wąsko i płytko. Zgadzając się z bolesną prawdą, że tak pewnie wygląda służba wielu wyznawców Chrystusa, na pewno nie chcemy takiej marnej owocności.
A jaki jest Twój wybór, czytelniku tego wpisu? Szeroko czy głęboko?
Chcesz ratować jak najwięcej osób, zgadzając się jednocześnie, aby ich duchowe życie było bardzo powierzchowne?
Wybierasz zaangażowanie w głębię przemiany, aby wypełnić cały Wielki Nakaz Misyjny?
A może masz tak małą wizję, że zgadzasz się, aby było mało osób nawróconych i w dodatku powierzchownie żyjących, czyli wąsko i płytko?
A może widzisz jeszcze inną możliwość?
]]>Bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać. (Dz. 20,35 Biblia Warszawska)
Myślę, że wszyscy naśladowcy Chrystusa chcą być pełni takiego samego entuzjazmu, radości, miłości, pasji od początku aż do końca swojej drogi na ziemi. Zmagamy się ze zniechęceniem, tracimy pierwszą miłość, stajemy się letni… Czy można to odwrócić? Czy jesteśmy skazani, aby żyć nadzieją przebudzenia, które kiedyś znowu nas ożywi?
W tym świecie mamy do czynienia z życiem, które trwa od wieków. W postaci mnóstwa gatunków roślin i zwierząt. Ale żadna pojedyncza roślina ani żadne pojedyncze zwierzę nie jest przeznaczone, aby żyć na tej ziemi bez końca. Ma dać życie kolejnym roślinom i zwierzętom. Zatem życie trwa poprzez przekazywanie go dalej. A nawet pomnaża się w ten sposób! W podobny sposób rzeczy się mają, gdy chodzi o duchowe życie zarówno poszczególnych naśladowców Chrystusa, jak i wspólnot kościelnych. Zacząłem to dostrzegać przez osobiste doświadczenia.
To miało miejsce kilkadziesiąt lat temu. Odbywała się regularna ewangelizacja uliczna poprzez rozdawanie traktatów i opowiadanie ewangelii. Z powodu swojej nieśmiałości, nie brałem w tym udziału, to było zbyt wielkie wyzwanie dla mnie. Pewnego dnia musiałem pojechać na miejsce ewangelizacji, aby komuś przekazać klucze od mieszkania. I tam, w brudnym, szarym przejściu podziemnym, gdy podszedłem do osoby, której miałem oddać te klucze, zostałem dotknięty niezwykłą Bożą obecnością! To było zaskakujące, niezwykłe i głęboko poruszające i… pouczające. A więc w czymś tak zwyczajnym, jak rozdawanie traktatów i rozmawianie z ludźmi na ulicy jest tak mocno obecny Bóg?
Ileś lat później miałem możliwość rozmawiania o Bogu i zbawieniu z ludźmi, którzy przyszli na ewangelizacyjny koncert w parku. I mimo, że w tym momencie nikt się nie nawrócił, to po takiej rozmowie czułem się niesamowicie pobłogosławiony – zostałem napełniony życiem.
To wszystko pomogło mi zobaczyć, że głównym sposobem na utrzymanie życia osobistego oraz życia wspólnoty kościelnej jest przekazywanie życia. Czyli dzielenie się świadectwem i opowiadanie ewangelii ludziom jeszcze nie zbawionym. Jeśli tego nie robimy, zaczynamy wysychać. Jeśli Kościół zaniedbuje ewangelizację, to zaczyna tracić życie, skupia się na mało ważnych rzeczach, zużywając na nie swoją energię, tocząc spory, nierzadko dzieląc się z błahych powodów. I wypracowuje pustą religijność, która zastępuje żywą relację z Bogiem.
Zatem ewangelizacja, to sprawa życia i śmierci! Nie tylko sprawa ratowania ludzi jeszcze niezbawionych przed wiecznym potępieniem. Ale także sprawa życia ludzi już zbawionych i zachowania życia całych wspólnot.
Duchowe życie otrzymaliśmy od naszego Pana Jezusa Chrystusa. On jest źródłem. Ale nie możemy go utrzymać, tylko biorąc. Jeśli chcemy je zachować, to musimy dawać, przekazywać je dalej. Inaczej zaczniemy je tracić, będziemy wysychać.
Przekazywanie ewangelii zarówno dla mówiącego jak i dla słuchacza jest sprawą życia i śmierci!
]]>Oto refleksja z zachętą, do zadania sobie pytania, czy tak postąpiłby Jezus?
Wyobraźcie sobie, jeśli jesteście w stanie, Jezusa zachęcającego ludzi, by skłonili swe głowy po wysłuchaniu Kazania na Górze, a następnie bardzo powoli i łagodnie (w czasie kiedy brat organista przygrywa w tle nastrojową melodię) mówiącego do tłumu: „Teraz, kiedy wasze głowy są pochylone, a oczy zamknięte, jeśli naprawdę chcecie stać się dziś moimi uczniami, jeśli naprawdę chcecie pokazać mojemu Ojcu i Mnie, jak poważnie traktujecie słowa, które dziś wygłosiłem, to chciałbym abyście powoli podnieśli swoje ręce, tak abym mógł je zobaczyć. O właśnie… tak jest… właśnie tak… Widzę twoją rękę.. i twoją… i tamtą… również tą koło drzewa figowego… właśnie o to chodzi! Teraz, kiedy brat organista gra kolejny nastrojowy motyw, chcę byście powoli zaczęli przemieszczać się do przodu poprzez sam środek tłumu… tak jest, ci którzy podnieśli w górę swoją dłoń. Chcę wiedzieć, że naprawdę poważnie podchodzicie do sprawy. A teraz pragnę poprowadzić was w modlitwie…” Keith Green
]]>Lubimy działać w prostych, poukładanych schematach.
Gdy chodzi o głoszenie Ewangelii, to popularny w naszych czasach schemat wygląda mniej więcej tak. Gromadzimy nienawróconych w jakimś miejscu. Następnie ktoś głosi do nich płomienne kazanie objaśniające Ewangelię i konieczność dokonania wyboru przez słuchaczy. I wtedy ewangelista prosi o zamknięcie oczu oraz pochylenie głów i zapewniając w ten sposób pewną atmosferę intymności, wzywa tych, którzy chcą podążać za Jezusem, aby podnieśli rękę, wyszli do przodu, a potem powtórzyli modlitwę przyjęcie Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Bardzo często słyszymy wtedy, że tyle a tyle osób nawróciło się.
Może to też być osobista rozmowa w której pada propozycja modlitwy „przyjęcia Jezusa”. Ale czy na pewno, ktoś kto wypowiedział taką modlitwę nawrócił się? Wiem o przypadkach, gdzie taka modlitwa nie oznaczała nawrócenia i wiem też o takich, gdzie to rzeczywiście było przełomowe wydarzenie w procesie nawrócenia. No i jest ogromna ilość takich zdarzeń, gdzie nie da się udowodnić, że nawrócenie nastąpiło, bo nie ma później żadnego kontaktu z tymi osobami. Polecam tekst Keitha Greena z działu Cytaty.
Uważam, że nie powinniśmy używać słowa „nawrócony” jeśli nie mamy dowodów na to, że ktoś rzeczywiście się nawrócił. Wyjście do przodu i powtórzenie modlitwy nie jest takim dowodem. Co więc faktycznie się dzieje, gdy ktoś odpowiada w taki sposób na wezwanie ewangelisty? Najprawdopodobniej został dotknięty przez Boga, co jest dobre! Jeśli to początek procesu, to potrzebuje dalszej, delikatnej opieki. Jeśli to finał, to jako nowonarodzone niemowlę duchowe dramatycznie potrzebuje, aby się nim zająć! Z drugiej strony, byłem osobiście zaangażowany w sytuacje, gdy ktoś nie wypowiedział „prawidłowej” modlitwy grzesznika, a autentycznie się nawrócił! Ta popularna obecnie metoda ewangelizacji pojawiła się całkiem niedawno, mniej niż 200 lat temu!
Jaki jest więc sens „modlitwy grzesznika”? Na podstawie Listu do Rzymian 10,8‑10 jest to sposób przychodzenia do Boga w celu otrzymania zbawienia. Jego wartość zależy jednak od zaangażowania serca, a nie tylko ust. A tego nie jesteśmy w stanie zobaczyć… Nie powinniśmy mylić sposobu przychodzenia do Boga ze szczerym zawróceniem do Niego.
Co powinniśmy zatem robić? Interesować się człowiekiem i prowadzić go według potrzeby, jaką ma w danym momencie. Zamiast rozczarowania będzie satysfakcja!
]]>Jeśli nawrócenie jest podobne do zasiewu ziarna, jego kiełkowania, wzrostu i w końcu dojrzałości do żniwa, to jak możemy rozpoznać, z którym etapem mamy do czynienia? A szczególnie, czy już nadszedł moment żniwa?
Wierzę, że nawrócenie oznacza powrót do właściwej relacji z Bogiem Ojcem opisanej słowami przykazania: Masz kochać Pana, swojego Boga, całym swoim sercem, z całej swojej duszy i każdą swoją myślą (Mat. 22,37). A to oznacza, że przemiana musi nastąpić w każdym obszarze życia.
Po pierwsze, musi to być metanoia, czyli zmiana sposobu myślenia na temat własnego życia, śmierci Jezusa na krzyżu i osobistego stosunku do Boga. Kluczowym momentem jest zrozumienie i uwierzenie, że zbawienie jest z łaski, nie można na nie zasłużyć.
Po drugie, jest to decyzja woli: dotąd – ktoś sam swoim panem, odtąd – jego życie poddane pod panowanie Jezusa Chrystusa. Jeśli ktoś zrozumiał, że potrzebuje zbawienia i że Bóg oczekuje od niego radykalnej zmiany kierunku życia, to zazwyczaj daje się to zauważyć. Gdy ktoś zadaje pytanie, czy będzie mógł nadal uczestniczyć w zakrapianych imprezach czy proponować policjantowi łapówkę, aby uniknąć mandatu, oznacza to, że zrozumiał – chodzi o poddanie się woli innej osoby – Jezusa Chrystusa.
Po trzecie jest to zawsze wydarzenie emocjonalne. Jeśli do kogoś dociera, że jest zgubionym grzesznikiem, który zasłużył na wieczne potępienie, to ogarną go uczucia takie jak strach, smutek, żal. Jeśli dotyka go zaskakująca Boża miłość, to będzie bardzo poruszony, radosny, wdzięczny… Takie emocje mogą być bardzo widoczne, albo stonowane. Mogą pojawić się natychmiast, albo po pewnym czasie, ale będą zawsze!
Spójrz na Dz. 2,37‑38 – nawróceni w Dzień Pięćdziesiątnicy doświadczyli głębokiej przemiany w sferze swoich emocji, myślenia i woli!
Gdy tylko wystarczająco interesujemy się człowiekiem, który jest dotknięty przez Ewangelię, nie będziemy mieli większej trudności, aby dostrzec autentyczne nawrócenie – przemianę w tych trzech sferach.
Jest jeszcze jedno kryterium nawrócenia, pewniejsze od powyższego, ale odłożone w czasie. To jest „owoc nawrócenia”, o którym mówią Ewangelie. Jeśli ktoś się prawdziwie nawrócił, to w jego życiu nieuchronnie nastąpią zmiany, których nie da się inaczej wytłumaczyć! Czasem takie owoce można zobaczyć od razu (celnik Zacheusz), zazwyczaj trzeba poczekać.
A czy modlitwa „przyjęcia Jezusa” jest dowodem nawrócenia?
Opublikowałem wyniki mojej prostej ankiety.
]]>Miałem okazję rozmawiać z kimś z Ameryki Południowej. Opowiedział mi, że najpierw były znaki, cuda, uzdrowienia, które gromadziły ludzi na masowych spotkaniach ewangelizacyjnych przynoszących potężne owoce. Po kilku latach, gdy objawienia mocy Bożej zaczęły ustawać, te masowe ewangelizacje straciły sens. I wtedy przywódcy Kościoła zachęcili swoich ludzi, aby zakładali w domach grupy, przez które docieraliby z Ewangelią do swoich sąsiadów. Wzrost Kościoła był kontynuowany.
Ta historia zrodziła we mnie pytanie: co lepsze – moc Boża, która szybko wiele osób wprowadza do Bożego Królestwa, czy systematyczna, rozproszona praca w małych grupach? Jestem świadom, że żyjemy w świecie, gdzie oczekuje się natychmiastowych rezultatów, szybkich rozwiązań, a cierpliwość jest cnotą nieznaną. Wolimy szybko.
Ale w przypadku powolnego, opartego na budowanych relacjach docieraniu do ludzi, mieliśmy na pewno do czynienia z większym zaangażowaniem w ich życie, a tym samym owocem byli bardziej dojrzali chrześcijanie.
Narodzenie na nowo to obraz nawrócenia odwołujący się do poczęcia i narodzin dziecka. Przedwczesne narodziny to śmierć dziecka lub walka o życie wcześniaka. Należy odczekać około dziewięć miesięcy. Drugi obraz, to ziarno. Zasiana na polu pszenica potrzebuje minimum 100 dni, aby dojrzeć do żniwa. Próba przyśpieszenia żniw to głupota. Nie jest znana dokładna data urodzin dziecka, ani też data żniw. Dziecko się rodzi, gdy do tego będzie gotowe, a zboże zbiera się, gdy dojrzeje i pogoda na to pozwala.
Podobnie jest z narodzeniem się na nowo dla Bożego Królestwa. Ono nie dokonuje się zaraz po poczęciu! I chociaż tutaj czas jest bardziej nieprzewidywalny niż przypadku dziecka, czy zboża, to zasada jest taka sama – nowe życie powinno pozostać ukryte w człowieku, aż dojrzeje do tego, aby się objawić światu. To może się zdarzyć w ciągu 10 minut od momentu zasiania Słowa, albo po 17 latach (autentyczne przypadki!). Ważne jest, aby było do tego dojrzałe.
Jeśli brakuje nam cierpliwości, upraszczamy, przyśpieszamy proces prowadzący do narodzenia się na nowo, to możemy się dopuścić duchowej aborcji, której nowe życie od Boga może nie przetrwać. Ono musi mieć swój schowany, niewidoczny okres, potem dostrzegalny wzrost i dojrzały finał!
A zatem, powoli czy szybko? Po prostu dojrzale, z cierpliwością!
A jeśli chodzi o wybór pomiędzy mocą Bożą. a cierpliwym budowaniem relacji, to jestem za tymi obydwiema rzeczami (najlepiej jednocześnie!).
Zobacz też prostą ankietę nawrócenia.
]]>Przeżyłem swoje nawrócenie wiosną 1980 roku, po kilkunastu miesiącach znajomości z grupą osób, które miały „coś” od Boga, czego ja nie miałem. Później starałem się to „coś”, czyli Ewangelię przekazać innym ludziom. Zwykle robiłem to opowiadając „Cztery prawa duchowego życia”. Wystarczy około 15-20 minut, aby je zaprezentować. Gdy to zrobiłem, przedstawiając czwarte prawo, oczekiwałem decyzji ze strony słuchacza. Ku mojemu zdziwieniu, większość zgadzała się treścią mojego głoszenia, ale nie była gotowa na decyzję.
Moje rozczarowanie wynikało z tego, że traktowałem nawrócenie jako wydarzenie: słyszysz ewangelię i od razu reagujesz, uznając Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela.
Zapraszałem też znajomych i krewnych na spotkania ewangelizacyjne, gdzie słyszeli wezwanie do nawrócenia się, podnosili ręce, wychodzili do przodu i powtarzali modlitwę grzesznika. Nawrócili się! Byłem głęboko rozczarowany, że po jakimś czasie w ich życiu nie było widać jakiejkolwiek zmiany…
Miałem takie oczekiwanie wobec innych pomimo tego, że sam potrzebowałem kilkanaście miesięcy, aby podjąć świadomą decyzję. W tym czasie spotkania i rozmowy z wieloma osobami „dodawały się” do siebie nawzajem pobudzając mnie do szukania tego, co mieli od Boga. To szukanie było dość burzliwym czasem z różnymi przeżyciami…
Jaki obraz przedstawia nam Pismo w tej sprawie? Gdy czytamy Dzieje Apostolskie, to jesteśmy pod wrażeniem skuteczności pierwszych uczniów Jezusa w głoszeniu Ewangelii. Tysiące przydawane do Kościoła w Jerozolimie ciągu jednego dnia, całe miasta dosłownie potrząśnięte przez Ewangelię. Można odnieść wrażenie błyskawicznego, skutecznego doprowadzania ludzi do nawrócenia.
Z drugiej strony, mamy używany w wielokrotnie Nowym Testamencie obraz procesu zasiewania ziarna, jego wzrostu aż do osiągnięcia dojrzałości – gotowości na żniwo. Równoległy obraz, to poczęcie się dziecka i jego narodziny – stąd powszechny w naszym języku zwrot „narodzenie się na nowo”. Te obrazy mówią o procesie, który wymaga czasu! Głupotą, albo zbrodnią byłoby przyśpieszanie tego procesu.
A jak Ty widzisz sprawę nawrócenia? Czy to jest proces, czy wydarzenie?
A może wydarzenie, które musi zostać poprzedzone trwającym pewien czas procesem?
]]>