Opakowanie (pudełko, torebka, butelka, puszka, słoik itd) to coś w czym znajduje się towar, który kupujemy w sklepie. Służy do tego, aby określona ilość towaru została wydzielona, zmagazynowana, kupiona i skonsumowana. Chodzi nam o zawartość, ale najpierw widzimy opakowanie i to ma swoje znaczenie: kształt i kolor może nam pomóc z daleka zauważyć to, czego szukamy. Opis dostarcza nam potrzebnych informacji. Opakowania są tak projektowane, aby swoim wyglądem przyciągać i zachęcać do zakupu. Na przykład, jeśli to będzie wyglądać jak szary papier z prostym nadrukiem, to nabywca może sądzić, że ma do czynienia ze zdrową żywnością wolną od chemicznych dodatków i podjąć decyzję o zakupie na tej podstawie. Zwłaszcza jeśli jeszcze pojawi się magiczne słowo „bio”…
Jakie znaczenie ma opakowanie, jeśli zazwyczaj je wyrzucamy, gdy skonsumujemy zawartość, której poszukiwaliśmy? Opakowanie jest ważne, bo ono kieruje nas do poszukiwanego dobra! Jeśli zapakujemy dobry towar byle jak, to może się okazać, że mamy w ofercie coś wspaniałego, ale niewiele osób to w ogóle zauważy. Jeśli zaś damy wspaniałe opakowanie, ale w środku będzie coś byle jakiego, to wiele osób to kupi, ale tylko raz. I po tym doświadczeniu nasze opakowanie będzie do nich przemawiać: „omijaj mnie!”.
Te proste zasady mają związek zarówno z naszym indywidualnym życiem jako chrześcijan, jak i funkcjonowaniem wspólnot kościelnych, które tworzymy. Nie jesteśmy i nie powinniśmy być handlarzami duchowych dóbr (patrz II Kor. 2,17), ale mamy za zadanie dotrzeć do ludzi i tu obowiązuję te same zasady komunikacji, co w handlu. Najpierw zwracamy uwagę na opakowanie:
Wy jesteście światłością świata, nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. (Mat. 5,14–15)
Można jeszcze zwrócić uwagę, że jest jeszcze czynnik nadprzyrodzony – Boża obecność, pokój, który ludzie odczuwają. Ludzie mogą być też w jakiś sposób przyciągani przez Ducha Świętego. Słusznie, ale to już jest Boża odpowiedzialność, nie nasza i to nas nie zwalnia z bycia zrozumiałymi i komunikatywnymi.
Sam Pan Jezus nie pasował do oczekiwań co do Mesjasza. Boży Syn pojawił się w nieodpowiednim opakowaniu. Podobnie było z Pawłem apostołem, wielkim Bożym sługą: „jego wygląd zewnętrzny lichy” (II Kor. 10,10), „stan mój cielesny wystawił was na próbę” (Gal. 4,14). Jednak ponownie musimy uznać, że to była Boża decyzja, aby wspaniały „towar” ukryć w nieatrakcyjnym opakowaniu. Bo nie chodzi o handel motywowany zyskiem, ale o nawiązanie prawdziwej głębokiej relacji z Bogiem, która jest poprzedzona szczerym szukaniem.
Naszą odpowiedzialnością jest zadbać zarówno o jakość zawartości (życia z Bogiem), jak i opakowanie, które będzie dobrze przekazywać informację o tym, czym możemy się podzielić z ludźmi. To dotyczy zarówno osobistego życia, jak i działania całych wspólnot chrześcijańskich.
A jak Ty dbasz o odpowiednie „opakowanie”, aby jak najwięcej osób dostrzegło życie, które Bóg Ci dał i zapragnęło go?
]]>Zwrot ze znanego podobieństwa Pana Jezusa stał się częścią naszego języka. Niestety, po drodze, w jakiś sposób znaczenie tego, co On powiedział zostało przekręcone. Takie błędne zrozumienie ważnego nauczania Pana Jezusa może mieć poważne konsekwencje w wieczności. Chodzi mi o podobieństwo o talentach, w którym Pan Jezus mówi o nagrodzie za służbę (Mat. 25,14-30, a ten zwrot, to „zakopać swój talent”)
Zacznijmy od wyjaśnienia, co oznacza słowo „talent”. Nie ma absolutnie żadnych powodów, aby chodziło o nasze zdolności czy obdarowanie! Wręcz przeciwnie, przy takim rozumieniu podobieństwo zawiera absurdalne, trudne do wyjaśnienia stwierdzenia: I dał jednemu pięć uzdolnień, a drugiemu dwa, a trzeciemu jeden, każdemu według zdolności i odjechał (werset 15) oraz Powinieneś był więc dać uzdolnienia moje bankierom, a ja po powrocie odebrałbym, co moje, z zyskiem (werset 27 – jak można swoje uzdolnienia oddać bankierom?)
Talent to jednostka wagi używana do odmierzania złota lub (częściej) srebra o dużej wartości. Trudno jest to przeliczyć na dzisiejszą walutę – może to być wielkość rzędu jednego miliona polskich złotych (patrz objaśnienie, którego do tego prowadzi). Zatem wydaje się, że zastąpienie w podobieństwie słowa „talent” słowem „milion”, pomoże nam lepiej je zrozumieć.
Zatem o czym jest to podobieństwo? O tym, że Pan powierza swoim sługom ogromny majątek, a ich zadaniem jest tym majątkiem obracać, aż Pan powróci. Ci słudzy, którzy pomnożą majątek swojego Pana, otrzymają za to nagrodę. O jaki majątek naszego Pana może chodzić? Co jest tak cenne, że porównane jest do miliona? Pewną wskazówkę otrzymujemy przez słowa mówiące o wartości ludzkiej duszy: Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? (Mat. 16,26) Jeśli do tego dołożymy fakt, że wielkość w Królestwie Bożym mierzy się ilością osób, którym ktoś służy (Mar. 10,43-45), to uzasadnione staje się stwierdzenie, że tym drogocennym majątkiem Pana Jezusa są ludzie. Zaś pomnażanie talentów, to nic innego jak pomnażanie ilości ludzi zbawionych, uwolnionych od grzechu, uczynionych uczniami, doprowadzonych do dojrzałości. Zatem według tego, jak pobłogosławiliśmy innych ludzi, jak bardzo pomnożyliśmy w ludziach Boże życie, dostaniemy nagrodę. Nie liczy się jakie masz zdolności i obdarowanie, liczy się jak inni ludzie z tego korzystają! Jak wielu z nich naprawdę służysz.
A co ze zdolnościami i ich rozwijaniem? Cóż, jeśli to jest tylko rozwijanie samego siebie, to taka postawa jest bardzo skupiona na sobie i na pewno nie spotka się z pochwałą. Ale jeśli ktoś rozwija się po to, aby lepiej służyć innym, to ma sens. Naprawdę jednak tak jest, że prawdziwy rozwój wymaga pełnego miłości zaangażowania w życie drugiego człowieka.
Jeśli zatem zależy Ci, aby otrzymać nagrodę od Pana Jezusa, gdy On przyjdzie po raz drugi, zadaj sobie pytania:
Kogo Pan Jezus Tobie powierzył? W jaki sposób jesteś błogosławieństwem, w jaki sposób służysz tym osobom? Co dobrego robisz dla ich zbawienia i duchowego rozwoju? Czy naprawdę następuje w nich pomnożenie?
I jeszcze drobna wskazówka: jeśli masz dzieci, to one na pewno są częścią talentów, które Pan Jezus Tobie powierzył.
]]>Najbardziej życiodajną służbą chrześcijanina jest przekazywać otrzymane od Boga życie dalej. Jeśli chcesz zachować życie, nie pozwolić, aby wyschło, musisz innych przyprowadzać do Chrystusa. Nie ma większej radości i większego przypływu życia, niż przyczynić się do czyjegoś zbawienia! Ale te momenty radości i życia przeplatają się z momentami rozczarowania…
Pan Jezus porównał głoszenie Ewangelii do rozsiewania ziarna. To jest przypowieść o siewcy, którego ziarno pada na cztery rodzaje gleby (patrz na przykład Mat. 13,4‑9.18‑23)
Ziarno zasiane na drodze. Gdy głosimy Ewangelię, to napotkamy na obojętność. Bardzo często. I to ze strony osób, na które „liczyliśmy”. Mówimy, wydaje się że ktoś słucha ze zrozumieniem, ale ani w najbliższym czasie, ani też później nie widać żadnej przemiany, żadnego owocu. To powoduje rozczarowanie i zniechęcenie.
Ziarno zasiane na gruncie skalistym. Będziemy też oglądać spektakularne, pełne pasji nawrócenia. To wspaniała nagroda dla każdego, który głosi słowo Ewangelii. Z ekscytacją opowiadamy innym o tych nawróceniach, aby i oni mogli podzielać naszą radość, i aby ich zachęcić do głoszenia. Ale zdarza się, że po pewnym czasie entuzjazm takich osób wygasa. Przychodzą jakieś drobne rozczarowania, porażki, przeciwności, i ci gwałtownie nawróceni ludzi zobojętnieją i odejdą. Niezrozumiałe i bardzo przykre.
Ziarno zasiane między ciernie. Zdarzą się też osoby, które w zasadzie dobrze i szczerze przyjęły Słowo Ewangelii, ale pozostawiły w swoim życiu chwasty nadmiernych trosk, starania się o ziemski dobrobyt. Taki chwast można unieszkodliwić tylko na jeden sposób – całkowicie go wyrywając, czyli wyćwiczyć się w gromadzeniu skarbów w niebie. Jeśli to nie nastąpi, to nawet jeśli ktoś dochowuje wierności, to jego życie w zasadzie nie przynosi żadnego owocu – całą energię zużywają ciernie trosk i pożądania, pogoni za doczesną przyjemnością, za wygodą. Takie osoby mogą bardzo długo wytrwać w relacji z Bogiem i Jego Kościołem, ale ich życie nie powoduje wzrostu Królestwa Bożego. W pewnym sensie jest zmarnowane. Nie ma pełnej satysfakcji, szkoda.
Pan Jezus uprzedził nas, jakie mogą być efekty głoszenia Ewangelii i nie nakazał wcześniejszego sprawdzania gleby, na którą siejemy, czyli człowieka, któremu głosimy. Takie rozczarowania są wliczone w naszą służbę Bogu. Zostały zapowiedziane. Są nieuchronne. Pomimo to, mamy zasiewać szeroko, bo nie wiemy, kto kim jest, jaką jest glebą.
Ale oprócz nieuchronnych i bolesnych rozczarowań, czeka nas też radość. Przynajmniej od czasu do czasu. To jest wtedy, gdy nie tylko pokazaliśmy komuś drogę zbawienia, ale on sam stał się wspaniałym narzędziem w Bożych rękach do ratowania wielu kolejnych osób. To jest ziarno posiane na żyzną glebę. Dla tej radości warto znieść rozczarowania!
I jeszcze wskazówka. Jeśli ograniczasz głoszenie Ewangelii do osób zupełnie nieznajomych (np. ewangelizacja uliczna), to prawdopodobieństwo, że Ewangelia zostanie przyjęta jest bardzo małe. Rozczarowanie będzie bardzo dominujące i może przerodzić się w zniechęcenie. Więcej szans na sukces będziesz mieć, gdy starasz się być świadectwem wśród ludzi, z którymi się znasz. Gdy okazujesz im zainteresowanie i miłość, cierpliwie czekasz na dogodny moment, aby przekazać Słowo Życia, to jest bardzo duża szansa, że się uda!
]]>Bo my nie jesteśmy handlarzami Słowa Bożego, jak wielu innych, lecz mówimy w Chrystusie przed obliczem Boga jako ludzie szczerzy, jako ludzie mówiący z Boga. (Drugi List do Koryntian 2,17)
Przypuśćmy przez chwilę, że jestem człowiekiem świeżo nawróconym.
Właśnie przeżyłem swoje spotkanie z Jezusem. Kompletnie zaskoczył mnie Swoją miłością, jestem pełen wdzięczności za jego wspaniałe zbawienie, pełen entuzjazmu i gotowości, aby przekazać to życie całemu światu wokół. Ale znam tylko jedną historię spotkania z Jezusem – swoją własną. No może jeszcze historię kogoś, kto mi opowiedział swoje świadectwo… Znam też jeden sposób prezentacji Ewangelii – ten, przez który przeżyłem swoje nawrócenie oraz jedną modlitwę nawrócenia – tą przez którą właśnie przyszedłem do Jezusa. I jeśli przyłączyłem się do jakiejś żywej wspólnoty kościelnej, to jest to ta najwłaściwsza, bo innej po prostu nie znam.
W swojej gorliwości neofity głoszę więc innym jedyną słuszną metodę przyjścia do Chrystusa – tą, która zadziałała w moim przypadku! I jeśli zachęcam ich do Kościoła, to oczywiście do tego swojego. Jestem bardzo gorliwy, ale moje zrozumienie nawrócenia i zbawienia jest bardzo wąskie. W dodatku, opór, jaki napotykam ze strony wielu osób, z którymi rozmawiam, powoduje, że zaczynam nalegać, naciskać na nich, aby przyjęli poselstwo, które mam do przekazania. Nie potrafię zrozumieć, jak mogą się opierać przed przyjęciem takiego wspaniałego zbawienia! To wszystko powoduje, że w oczach ludzi jestem jak ktoś, kto usilnie chce wciągnąć ludzi do swojej sekty.
Gdy jednak upływa czas, poszerza się moje zrozumienie. Już wiem, że trzeba dać ludziom trochę czasu, aby Słowo wykonało w nich pracę i doprowadziło do nawrócenia. Odkrywam, że metoda, jaka doprowadziła mnie do spotkania z Jezusem nie jest jedyną słuszną, a nawiązywanie prawdziwej, pełnej wiary relacji z Jezusem Chrystusem może wyglądać niezwykle różnorodnie. No i moja wspólnota nie jestem jedynym słusznym (ani nawet najsłuszniejszym!) wyrazem Kościoła. A co najważniejsze: nie jest moim zadaniem przekonywanie ludzi do wiary, to zadanie należy do Ducha Świętego i tylko On jest w stanie je wykonać. Ja nie powinienem i nie potrzebuję w tym względzie żadnej presji na innych wywierać. Przychodzi głębsze zrozumienie i dojrzałość.
Nie byłem daleki od tego opisu zaraz po swoim nawróceniu. Szybko nauczyłem się „Czterech praw duchowego życia” i głosiłem innym Ewangelię dając im maksymalnie pół godziny, aby się nawrócili. Wywierałem na nich presję, aby pomodlili się w mojej obecności „modlitwą grzesznika”. Moja gorliwość nie przynosiła jednak oczekiwanych rezultatów. Jednak z czasem moje zrozumienie procesu nawrócenia bardzo się poszerzyło.
Na przykład zrozumiałem, że chociaż Bóg ma wymagania moralne, od których nie zamierza odstąpić, to jednak to wcale nie jest najważniejsze, aby ludzie się nawracali na moje standardy sprawiedliwości. Odkrywałem pewne ważne prawdy teologiczne na temat Boga, ale wyglądało na to, że On mniej wymaga od ludzi wiary w te prawdy, niż ja bym tego oczekiwał. Praktykowałem z powodzeniem pewne formy modlitwy, uwielbienia, spotykania się z Bogiem, ale były jeszcze inne, które też się sprawdzały. I coraz bardziej narastała we mnie świadomość, że Jemu nie chodzi o to, co zewnętrzne, ale o bliskie połączenie z człowiekiem. O relację miłości.
Taka mniej więcej przemiana powinna nastąpić wraz z upływem czasu. Ale niestety, mam wrażenie, że nie zawsze tak jest. Jest możliwe, aby człowiek przez wiele lat od swojego nawrócenia pozostał kimś w rodzaju akwizytora, który próbuje sprzedać swój produkt.
Wierzę, że można żyć w wolności od presji, aby koniecznie kogoś przekonać do tego w co wierzymy. Wierzę, że wystarczy kogoś przyprowadzić do Jezusa, i w swoim tempie, pozna Prawdę u samego Źródła. Prawda jest w stanie się obronić i przekonać każdego, który z Nią się spotka. Warto wziąć przykład z Filipa: Filip spotkał Natanaela i rzekł do niego: Znaleźliśmy tego, o którym pisał w zakonie Mojżesz, a także prorocy: Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu. Wtedy Natanael rzekł do niego: Czy z Nazaretu może być coś dobrego? Filip na to: Pójdź i zobacz! (Ew. Jana 1,45‑46)
]]>Częścią Wielkiego Nakazu Misyjnego jest czynienie uczniami, czyli pokazywanie i przekazywanie życia poddanego Jezusowi kolejnym Jego naśladowcom. Żeby jednak praktykować czynienie innych uczniami trzeba sobie odpowiedzieć na szereg praktycznych pytań. Pierwsze z nich brzmi: kto kogo wybiera? Nauczyciel uczniów? Czy może to uczniowie wybierają sobie nauczyciela?
Jeśli popatrzymy na przykład Pana Jezusa, to czytamy o Nim: I stało się w tych dniach, że wyszedł na górę, aby się modlić, i spędził noc na modlitwie do Boga. A gdy nastał dzień, przywołał uczniów swoich i wybrał z nich dwunastu, których też nazwał apostołami… (Łuk. 6,12‑13). Czytamy też, że Pan Jezus indywidualnie powoływał pojedyncze osoby, aby naśladowały Go. Ciekawe jest to, że wybierał spośród osób, które w ogóle nie wyglądały na kogoś, kto nadaje się do służby na rzecz Bożego Królestwa. Bo Jemu nie chodziło mu o to, kim są, ale kim mają zostać. Dlatego tak intensywnie, całą noc, modlił się w tej sprawie. I dokonał bardzo trafnego wyboru, bo 11 z 12 wypełniło swoją misję!
Z kolei apostoł Paweł zachęca swojego ucznia, Tymoteusza: A co słyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, to przekaż ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni i innych nauczać (II Tym. 2,2). Instrukcja Pawła oznacza, aby wybrać kolejnych uczniów spośród osób, które spełniają pewne warunki: wykazały się wiernością i będą potrafiły dalej przekazywać odebrane nauczanie.
Zatem widzimy na podstawie tych biblijnych wzorów, że to nauczyciel powinien wybierać uczniów, ponieważ to on wie, co chce przekazać dalej i dobiera do tego celu odpowiednie osoby.
Po stronie uczniów widzimy, że muszą spełniać warunek gotowości do naśladowania, czyli że wytrwają wiernie w relacji z nauczycielem, aż zostaną ukształtowani. A następnie, że nie zachowają tego, czego się nauczyli, tylko dla siebie, ale sami staną się nauczycielami, którzy wybiorą sobie uczniów. Sztuka polega na tym, aby wybrać takich uczniów, którzy sprawdzą się w przyszłości.
Ale bywa też, że ktoś dostrzega jakiś brak w swoim życiu i pragnie go uzupełnić. Wtedy zazwyczaj mówimy o poszukiwaniu mentora. To nie jest to samo, co biblijna relacja nauczyciel–uczeń. W niej chodzi o bliską więź, kompletne naśladowanie czyjegoś życia, metodą obserwacji i naśladowania, a nie tylko słuchania wykładu. To jest całościowe, a nie tylko w wybranych dziedzinach.
Jeszcze jest kwestia duchowego rodzicielstwa, które też opiera się na oddziaływaniu typu nauczyciel–uczeń. Chodzi tu o przeprowadzenie od samych początków życia z Bogiem do samodzielności w duchowym życiu. W tym wypadku obowiązuje zasada, że żadne dziecko nie powinno być porzucone. Każde powinno znaleźć się pod opieką swojego rodzica duchowego, który będzie się nim zajmował, aż będzie w stanie samo zadbać o swoje duchowe życie.
Jeśli jeszcze nie masz swoich uczniów, to może zapytasz Boga w modlitwie, czy kogoś Ci wskazuje?
Albo może widzisz u siebie takie braki, że potrzebujesz, aby ktoś Cię przyjął jako ucznia. O to też możesz prosić Boga. Możliwe jest też jedno i drugie jednocześnie – bycie uczniem i nauczycielem. Najważniejsza jest gotowość do zaangażowania się.
]]>Wielki Nakaz Misyjny, to polecenie, aby Ewangelię przekazać całemu światu. Jak już mamy dobre chęci czyli gotowość, aby wziąć udział w tej misji, to powstaje pytanie, jak najskuteczniej docierać do całego narodu i całego świata?
Pierwsze podejście, to skorzystać z mocy Ducha Świętego. Podobnie jak Piotr w dzień Zielonych Świąt, przemawiać do tłumów, aby tysiące zostały przyłączone do Kościoła. Przypuśćmy, że masz taką możliwość, aby co tydzień 3 tysiące osób przyprowadzić do Chrystusa. Jeśli udałoby Ci się to robić regularnie przez 36 lat, to zdobędziesz ponad 5 milionów osób! Absolutnie niezwykłe, imponujące! Ale czy w ten sposób uda się dotrzeć do świata? 5 milionów, to jedna ósma ludności Polski, ale poniżej 1 promila światowej populacji. W dodatku, nie było w historii chrześcijaństwa jeszcze takiej osoby…
Drugie podejście, to wprowadzić w życie instrukcję i przykład Pana Jezusa, aby nowym uczniom przekazywać wszystko, czego sami się nauczyliśmy. Przypuśćmy, że w ciągu około 3 lat masz jednocześnie 6 uczniów, a każdy z nich po tych 3 latach ma także 6 uczniów. Wtedy przed upływem 30 lat, dotrzesz do całego naszego narodu, a zanim minie 36 lat cała populacja zamieszkująca ziemię będzie miała możliwość stać się uczniami Chrystusa.
Zobacz obliczenia porównujące te dwa podejścia w oparciu o prosty model matematyczny.
W przypadku tego pierwszego podejścia, ewangelista byłby gwiazdą, ale wiara ludzi, których przyprowadza w ten sposób do Chrystusa prawdopodobnie bardzo powierzchowna.
W przypadku drugiego podejścia, nauczyciel nie będzie do końca świadomy następującego wzrostu, który szybko wymknie się spod jego kontroli i wiedzy. Będzie natomiast mógł zadbać o jakość życia swoich uczniów oferując im wszystko, czego się sam nauczył. Wyzwaniem jest natomiast, aby tak wychować uczniów, aby każdy z nich miał kolejnych uczniów!
A jaki wzór znajdujemy w Piśmie? Wydaje mi się, że mieszany – połączenie obydwu rzeczy: mocy Bożej, która doprowadza tysiące ludzi na raz do Bożego Królestwa oraz systematycznego, chociaż mało spektakularnego, codziennego czynienia uczniami. Ciekawe jest to, że w Dziejach Apostolskich wzrost Kościoła jest najpierw opisany słowem, które oznacza dodawanie (Dz. 2,41 oraz 5,14), a później pojawia się inne słowo, które tłumaczy się jako pomnażanie (Dz. 6,1 oraz 9,31).
Wniosek jest prosty. Należy głosić Ewangelię komu się da, wielu osobom, potem zaś spośród nich wybrać takich, którzy dają największe szanse pomnożenia i im przekazać wszystko. Taka metoda była i jest nadal głównym źródłem wzrostu Kościoła.
A czy Ty masz uczniów? Jeśli prowadzisz życie w relacji z Panem Jezusem, to jest cała masa ludzi, którzy mogą się od Ciebie uczyć, bo nie mają pojęcia nawet o tym, jak być zbawionym przez wiarę. Nie szkodzi, że większość ludzi naokoło nie jest zainteresowana. Tych zainteresowanych jest wystarczająco dużo.
A może umiesz i rozumiesz więcej, niż same podstawy, gdy chodzi o naśladowanie Chrystusa? Komu, w takim razie, przekazujesz swoje umiejętności? Czy masz osoby, które uczysz, a one następnie będą przekazywać ten sposób życia dalej?
]]>Zakładam, że zależy Ci, aby jak najwięcej ludzi poznało osobiście Jezusa Chrystusa i tym samym zostało zbawionych. To wymaga, żeby ktoś im przekazał Ewangelię. Załóżmy, że Ty jesteś taką właśnie osobą. Masz na sercu ratowanie ludzi zgubionych i robisz wszystko, co potrafisz, aby doprowadzić ich do nawrócenia i wiary. Przypuśćmy, że masz dar do głoszenia, docierasz do ludzi, a oni są zbawiani. To oznacza niekończące się zajęcie, bo są tysiące potrzebujących zbawienia wokół nas. Marzenie wielu serc, prawda? Przebudzenie. Chcemy oczywiście, aby Ewangelia docierała bardzo szeroko, do jak największej ilości osób. Marzymy o potężnym żniwie naszego narodu.
Ale… Na koniec Wielkiego Nakazu Misyjnego z Ewangelii Mateusza 28,18-20 czytamy: Ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. Czyli, że wszystko, czego nauczyłeś się, gdy chodzi o życie naśladowcy Jezusa, ma zostać przekazane kolejnym osobom. Pan Jezus oczekuje od nas, żebyśmy nie tylko doprowadzali ludzi do zbawienia, ale doprowadzili ich przynajmniej do naszego poziomu życia z Bogiem. On oczekuje, że doprowadzimy Jego nowych naśladowców do pewnej głębi, że nastąpi radykalna przemiana ich życia. Ale to wymaga przecież czasu! Jeśli nawet uważasz siebie za mało wybitnego ucznia Chrystusa, to jest mnóstwo rzeczy, które umiesz i masz do przekazania! Wypełnienie tego oznacza miesiące, albo i lata zajmowania się pojedynczymi osobami, lub małą grupką osób. Nie da się doprowadzić do głębokiej przemiany wielu ludzi na raz. Można co prawda wielu osobom przekazywać nauczanie, ale to za mało, aby nauczyły się żyć. Będą mieć rzeczy właściwie poukładane w głowach, ale ciągle wiele braków w praktycznym życiu. I nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że to sam Bóg jest wychowującym Ojcem, a Duch Święty jest ostatecznie odpowiedzialny za doprowadzenie wierzących do świętości życia, to ciągle pozostaje ogromne zadanie do wykonania przez ludzi.
Ponieważ dysponujemy ograniczonym czasem, więc wygląda na to, że musimy wybierać. Pierwsza opcja, to poświęcić ten czas na ratowanie zgubionych, ciesząc się z tego, że przynajmniej nie spędzą oni wieczności w piekle, chociaż ich życie duchowe będzie powierzchowne. Druga opcja to oddać się doprowadzaniu do dojrzałości w wierze niewielkiej grupy osób, godząc się, że wielu innych nie doprowadzimy do zbawienia. Wygląda na to, że musimy wybierać pomiędzy szerokim albo głębokim przekazywaniem życia.
Oczywiście, jest jeszcze inna możliwość. Można docierać do niewielu osób i w dodatku nie zajmując się nimi dalej, skoro już zostali zbawieni. Czyli wąsko i płytko. Zgadzając się z bolesną prawdą, że tak pewnie wygląda służba wielu wyznawców Chrystusa, na pewno nie chcemy takiej marnej owocności.
A jaki jest Twój wybór, czytelniku tego wpisu? Szeroko czy głęboko?
Chcesz ratować jak najwięcej osób, zgadzając się jednocześnie, aby ich duchowe życie było bardzo powierzchowne?
Wybierasz zaangażowanie w głębię przemiany, aby wypełnić cały Wielki Nakaz Misyjny?
A może masz tak małą wizję, że zgadzasz się, aby było mało osób nawróconych i w dodatku powierzchownie żyjących, czyli wąsko i płytko?
A może widzisz jeszcze inną możliwość?
]]>Bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać. (Dz. 20,35 Biblia Warszawska)
Myślę, że wszyscy naśladowcy Chrystusa chcą być pełni takiego samego entuzjazmu, radości, miłości, pasji od początku aż do końca swojej drogi na ziemi. Zmagamy się ze zniechęceniem, tracimy pierwszą miłość, stajemy się letni… Czy można to odwrócić? Czy jesteśmy skazani, aby żyć nadzieją przebudzenia, które kiedyś znowu nas ożywi?
W tym świecie mamy do czynienia z życiem, które trwa od wieków. W postaci mnóstwa gatunków roślin i zwierząt. Ale żadna pojedyncza roślina ani żadne pojedyncze zwierzę nie jest przeznaczone, aby żyć na tej ziemi bez końca. Ma dać życie kolejnym roślinom i zwierzętom. Zatem życie trwa poprzez przekazywanie go dalej. A nawet pomnaża się w ten sposób! W podobny sposób rzeczy się mają, gdy chodzi o duchowe życie zarówno poszczególnych naśladowców Chrystusa, jak i wspólnot kościelnych. Zacząłem to dostrzegać przez osobiste doświadczenia.
To miało miejsce kilkadziesiąt lat temu. Odbywała się regularna ewangelizacja uliczna poprzez rozdawanie traktatów i opowiadanie ewangelii. Z powodu swojej nieśmiałości, nie brałem w tym udziału, to było zbyt wielkie wyzwanie dla mnie. Pewnego dnia musiałem pojechać na miejsce ewangelizacji, aby komuś przekazać klucze od mieszkania. I tam, w brudnym, szarym przejściu podziemnym, gdy podszedłem do osoby, której miałem oddać te klucze, zostałem dotknięty niezwykłą Bożą obecnością! To było zaskakujące, niezwykłe i głęboko poruszające i… pouczające. A więc w czymś tak zwyczajnym, jak rozdawanie traktatów i rozmawianie z ludźmi na ulicy jest tak mocno obecny Bóg?
Ileś lat później miałem możliwość rozmawiania o Bogu i zbawieniu z ludźmi, którzy przyszli na ewangelizacyjny koncert w parku. I mimo, że w tym momencie nikt się nie nawrócił, to po takiej rozmowie czułem się niesamowicie pobłogosławiony – zostałem napełniony życiem.
To wszystko pomogło mi zobaczyć, że głównym sposobem na utrzymanie życia osobistego oraz życia wspólnoty kościelnej jest przekazywanie życia. Czyli dzielenie się świadectwem i opowiadanie ewangelii ludziom jeszcze nie zbawionym. Jeśli tego nie robimy, zaczynamy wysychać. Jeśli Kościół zaniedbuje ewangelizację, to zaczyna tracić życie, skupia się na mało ważnych rzeczach, zużywając na nie swoją energię, tocząc spory, nierzadko dzieląc się z błahych powodów. I wypracowuje pustą religijność, która zastępuje żywą relację z Bogiem.
Zatem ewangelizacja, to sprawa życia i śmierci! Nie tylko sprawa ratowania ludzi jeszcze niezbawionych przed wiecznym potępieniem. Ale także sprawa życia ludzi już zbawionych i zachowania życia całych wspólnot.
Duchowe życie otrzymaliśmy od naszego Pana Jezusa Chrystusa. On jest źródłem. Ale nie możemy go utrzymać, tylko biorąc. Jeśli chcemy je zachować, to musimy dawać, przekazywać je dalej. Inaczej zaczniemy je tracić, będziemy wysychać.
Przekazywanie ewangelii zarówno dla mówiącego jak i dla słuchacza jest sprawą życia i śmierci!
]]>